Czy warto dopłacać do droższego roweru?

Moment zakupu nowego roweru, to w większości przypadków małe święto. Jedni idą prosto do sklepu i po prostu kupują ten, który im się spodoba. Inni – wertują strony internetowe, katalogi, fora, blogi w poszukiwaniu świętego, rowerowego Graala. Zazwyczaj chodzi o rower taki trochę do miasta, trochę do lasu, szybki na asfalcie, dobrze radzący sobie na piaszczystej drodze, i tak żeby pojechać nim do pracy, ale w weekendy wybrać się w prawdziwe góry. I to wszystko oczywiście za nie więcej niż 1000 złotych.

Nie ma lekko

Piszę oczywiście z przymrużeniem oka, ale jednak czasem na rowerowym forum czy grupie na Facebooku trafiam na takie pytania, gdzie ktoś poszukuje roweru, którego po prostu nie ma :) Ale nie tego dotyczyć będzie ten wpis. Gdy szukamy roweru, często pojawia się myśl/pokusa, aby dołożyć do wyższego modelu. Często też inni uczestnicy dyskusji (lub sprzedawcy w sklepie) zachęcają do szerszego otwarcia portfela.

Jeżeli ktoś ma sztywny budżet i nie wyda nawet złotówki więcej niż np. 2000 złotych – być może wyjdzie z tego zdrowszy niż ci, którzy zaczynają dokładać po kilkaset złotych do trochę lepszych modeli. Producenci rowerów też nie ułatwiają tego zadania. Np. Kross ma w swojej ofercie sześć(!) wersji rekreacyjnego roweru górskiego Hexagon w cenie od 1250 do 2000 złotych. Każdy kolejny droższy o 100-150 zł, a różnią się od siebie często bardzo niewiele, każdy jest tylko odrobinę lepiej wyposażony.

Mężczyzna jadący na rowerze
Fot. Corey Templeton

Można wpaść w rowerową depresję, zadręczając się myślą, że może warto było dopłacić te 150 złotych do wyższego modelu? A może kupiłam za dobry rower i teraz nie wykorzystam jego potencjału? A może… Zanim podam Wam kilka przykładów, czym różnią się od siebie rowery, napiszę, że przede wszystkim rower musi być wygodny i ładny. Ot, po prostu. Na nawet najlepszej maszynie, jeżeli będzie miała źle dobrany rozmiar ramy i będzie koszmarnie niewygodna, nie będziemy chcieli jeździć. Do tego na rowerze, który się nam podoba, jeździ się po prostu przyjemniej.

Czy warto dołożyć do droższego roweru

Odpowiedź na to pytanie, brzmi jak u rasowego prawnika – to zależy :) Nie chcę generalizować, bo każdy przypadek jest inny, ale można w dużym uproszczeniu przyjąć zasadę, że im więcej jeździmy, albo im ciężsi jesteśmy (lub wozimy więcej bagażu), albo im mocniejsi jesteśmy, albo im trudniejszy jest teren, w którym jeździmy – tym więcej powinniśmy wydać na rower. Do pewnej granicy droższe rowery są wytrzymalsze – koła mniej podatne na rozcentrowanie, opony bardziej odporne na przebicie, a napęd będzie wolniej się zużywał.

Pomyślałem, że najlepiej będzie, jeżeli zrobię mini-analizę, czym różnią się od siebie rowery za różne kwoty. Traktujcie to tylko jako przykład, rowery są różnie wyposażone i ciężko będzie przygotować poradnik, który obejmie wszystkie możliwe konfiguracje. Skupię się na rowerach od 1000 do 4000 złotych, ponieważ wyżej zaczynają się już niuanse, a największe różnice jakościowe, odczuwalne dla zwykłego rowerzysty, zamykają się właśnie gdzieś w okolicach czterech tysięcy (nie liczę rowerów z pełnym zawieszeniem i biorę pod uwagę jazdę bez napinki i treningów). Konkretne modele do porównania wziąłem z mojego zestawienia polecanych rowerów.

Czym różnią się od siebie rowery górskie

Kands Comp-ER Altus
Kands Comp-ER Altus
Rockrider ST 540
Rockrider ST 540
Scott Scale 980
Scott Scale 980

Porównanie rowerów górskich

W szranki stają trzy rowery: Kands Comp-Er za 1350 zł, Rockrider ST 540 za 1800 zł i Scott Scale 980 za 4100 zł. Gwoli ścisłości dodam, że Kands występuje w kilku wersjach wyposażeniowych, wybrałem tę z 8-rzędową kasetą i hydraulicznymi hamulcami tarczowymi. No to lecimy po kolei.

Rama

Co ciekawe, wszystkie ramy wykonano ze stopu aluminium 6061. Rama Scotta jest dodatkowo cieniowana, posiada wewnętrzne prowadzenie linek (mniej się brudzą, a rama wygląda estetyczniej) i główkę ramy w nowoczesnym systemie tapered, co pozwoli na ew. wymianę amortyzatora na sporo lepszy.

Scott daje 5 lat gwarancji na ramę, Rockrider – dożywotnią. Jeżeli chodzi o geometrię, to Kands i Rockrider mają wygodne ramy z bardziej wyprostowaną pozycją za kierownicą, Scale idzie w stronę sportu, ale można kupić model Aspect, z wygodniejszą ramą.

Amortyzator

Suntour XCE w Kandsie to jeden z najprostszych amortyzatorów w ofercie tego producenta. Nie ma on nawet tłumika, co sprawia, że szybki przejazd po większych nierównościach, może skończyć się chorobą morską. Do tego jego skok to jedyne 75 mm, gdzie standardem w świecie rowerów górskich tego typu jest 100 mm. XCR w Rockriderze to trzy oczka wyższy model, wyposażony w tłumik i możliwość zablokowania. To najwyższy model ze stalową sprężyną w ofercie Suntoura i jak na rower z tej półki cenowej, to fajny amortyzator. W Scottcie znajdziemy widelec Rock Shox 30 ze sprężyną powietrzną. Tego typu amortyzatory można dostosować pod swoją wagę i preferencje, używając specjalnej pompki. Także praca takich widelców jest dużo płynniejsza.

Korba i suport

Korba w Kandsie to bardzo podstawowy model, kosztujący 40 złotych. Nie będę kopał leżącego, ciężko wymagać czegoś lepszego od roweru w tej cenie. Tarcze na korbie szybko się zużyją, a że są niewymiennie, będzie trzeba kupić nową. Plus jest taki, że jest bardzo tania. Modelu suportu nie podano, ale też nie zakładam jego długiej żywotności (najtańsze Neco kosztują 18 zł) – gdy się skończy, warto wymienić go na wyższy model Shimano, który posłuży o wiele dłużej.

Rockrider to już korba z zupełnie inną budową – mamy tu sztywną oś i łożyska suportu na zewnątrz ramy. Taka konstrukcja zwiększa sztywność układu + materiały są lepsze i przetrzymają więcej. Choć i tak nie jest to obecnie żaden high-end, korbę FC-MT210 można kupić za 105 zł, a suport za niecałe 50 zł, tak więc na wymianę zużytych części nie wydamy majątku.

Scale to już przedsionek wielkiego świata. Choć jest dostępny także z napędem 2×10, wybrałem jego ciekawszą odmianę w wersji… 1×12. Tak, tak, dwanaście biegów na kasecie można mieć już w relatywnie przystępnych pieniądzach. Co prawda kaseta będzie w konfiguracji 11-50, a nie 10-50 (czyli bez tej najszybszej zębatki), niemniej zawsze z czasem można pokusić się o ulepszenie. Korba powinna cechować się większą sztywnością i wytrzymałością niż w poprzednich rowerach, co w jeździe bardziej dla przyjemności, nie ma aż tak wielkiego znaczenia.

Przerzutki

Kands to z przodu liche Shimano Tourney i z tyłu stary Shimano Altus. Do tylnej przerzutki nie mam uwag, przednia do wybitnych nie należy, ale nawet jak po roku czy dwóch przyjdzie do jej wymiany, to nie wydacie majątku na coś lepszego. Rockrider to tajemnicza przednia przerzutka Microshift, o której ciężko coś powiedzieć i nowa tylna przerzutka Shimano Altus, która wygląda o niebo lepiej i ma budowę Shadow, dzięki czemu chowa się pod kasetą i jest mniej narażona na uszkodzenie. Scott to „tylko” jedna przerzutka ;) Pojawia się tu sprzęgło, które ogranicza „latanie” łańcucha, który nie będzie obijał tylnego trójkąta ramy. Powinna tu być też mocniejsza sprężyna niż w Altusie, niemniej ciężko mi to zweryfikować.

Manetki

Kands to klamkomanetki, czyli w jednej obudowie mamy i manetki do zmiany biegów, i klamki hamulcowe. To rozwiązanie tańsze i nie dziwi jego zastosowanie w tym rowerze. Niemniej jeżeli będziecie chcieli kiedyś ulepszyć napęd i dodać trochę przełożeń, nie wymienicie samej manetki do zmiany biegów, trzeba będzie też kupić klamkę hamulcową. Nie każdemu będzie to potrzebne, ale warto wiedzieć.

Rockrider i Scott to już osobne manetki (w przypadku Scotta jedna). Dla niektórych istotną informacją może być to, że Shimano Altus w Rockriderze posiadają wskaźniki przełożeń (tzw. monitorki), a manetka SRAM NX tego wskaźnika jest pozbawiona. Dla mnie to żadna wada i szybko można się do tego przyzwyczaić, niemniej warto o tym wiedzieć.

Hamulce

Wszystkie rowery wyposażono w hydrauliczne hamulce tarczowe. Co ciekawe ich jakość będzie… bardzo podobna. Nie wiem jakie tarcze hamulcowe zostały założone, a od nich także zależy, jak hamulce będą działać. Ale nawet w Kandsie są markowe hamulce. Scott poszedł, jak zresztą wielu innych producentów, ścieżką wkładania bardzo podstawowych modeli hamulców, nawet do droższych rowerów. Cóż…

Kaseta i łańcuch

8. biegów Kandsie, 9. przełożeń w Rockriderze i 12. trybów w Scott’cie. Więcej znaczy lepiej? Pisałem o tym we wpisie: Po co w rowerze 11 przełożeń. Generalnie w każdym rowerze dostępnego zakresu biegów nie będzie brakowało. Musicie wiedzieć, że w Kandsie zastosowano gumę od majtek, zamiast łańcucha (Rockrider nie podaje, jaki jest w nim łańcuch, więc zakładam, że będzie podobnie). Ale ciężko wymagać od łańcucha za 25 zł, że będzie wieczny. Moja mama miała w nowym rowerze właśnie ten i wyciągnęła go po 800 km (!) Wymiana łańcucha na lepszy pomogła – przeżył dużo dłużej.

Obręcze i piasty

Z kołami zawsze jest problem, nawet w droższych rowerach. No bo jak tu porównać jakość obręczy Kands/Rockrider/Syncros? Można zakładać, że w rowerze za cztery klocki koła będą lepiej wykonanie, niż w tym za półtora tysiąca. Ale czy tak będzie na pewno, to już ciężko stwierdzić. Tak samo ze szprychami. Z porównaniem piast też nie będzie łatwo, w Kandsie to proste Shimano (ale plus za to, że nie jakieś no-name i przynajmniej łatwo będzie wymieniać w nich zużyte części), w Rockriderze nie wiadomo co tam siedzi, Scale ma jedną prostą piastę Shimano, druga to Formula, czyli też nie no-name. I znowu wychodzą oszczędności producentów, gdzie do roweru za cztery tysiące, włożone są piasty niewiele lepsze niż w trzy razy tańszym.

Opony

Kandsa wyposażono w opony Impac, to budżetowa marka Schwalbe, więc zakładam, że opony będą ciężkie, wykonane z gorszej jakości gumy, ale powiedzmy, że jakiś poziom przyzwoitości zachowają. Jakość opon w Rockriderze ciężko ocenić, natomiast Scott użył ogumienia Maxxis Rekon Race – bardzo dobre opony, ale wykorzystano tu budżetową wersję o niskim oplocie, bez wkładki antyprzebiciowej – tej wersji opon nie kupicie w sklepach, jest to OEM do montażu tylko w nowych rowerach. Ale i tak są kilka poziomów wyżej, pod względem przyczepności i trakcji, od tych w tańszych rowerach.

Kierownica, mostek, sztyca

Tu też ciężko porównać jakość podzespołów. Kalloy Uno, B’Twin, Syncros – cóż, różnice mogą być bardzo duże (pod kątem wagi, wyglądu, jakości śrub), albo bardzo małe. To jeden z kolejnych elementów, gdzie producenci lubią poczynić oszczędności i niespecjalnie przejmują się, aby włożyć tam wybitnie dobre części.

Stery

J.w. Choć tu można akurat założyć, że Syncros robi lepsze stery od niemarkowych. Czy będzie miało to wpływ na cokolwiek? Niekoniecznie od razu.

Siodełko

Tu też niestety ciężko porównać, które siodełko będzie lepsze. To zresztą zależy od indywidualnych preferencji.

Waga

Pokazywałem kiedyś na YouTube, czy waga roweru ma znaczenie. To był bardzo prosty i amatorski test, niemniej znów mogę napisać – im więcej się jeździ, tym lżejszy rower bardziej się przydaje. Na krótszych trasach nie ma to aż takiego znaczenia. Lżejszy rower łatwiej rozpędza się i (co istotne w przypadku roweru górskiego) lepiej podjeżdża. Jak to wygląda w przypadku naszych trzech rowerów? Kands to według sprzedających aż 15,6 kg wagi (nie wiem czy ważony z pedałami) – to naprawdę sporo, choć na amatorskich przejażdżkach nie będzie to dokuczliwe, co najwyżej przy wnoszeniu po schodach na czwarte piętro ;) Rockrider jest lżejszy, w rozmiarze M/L waży ok. 14 kg (bez pedałów, czyli realnie bliżej 14,3 kg). Natomiast Scott Scale w rozmiarze M 12,6 kg (tu też raczej bez pedałów, czyli z nimi będzie to bliżej 12,9 kg).

Choć niektórzy żartobliwie mówią, że wystarczy rano iść do toalety, aby zrzucić różnicę w wadze między rowerami, to jednak 2,5 kg w dłuższej perspektywie i przy dużej liczbie podjazdów, może zrobić różnicę. Ale weźmy pod uwagę fakt, że Scale jest już kierowany do jazdy w amatorskich zawodach MTB, gdzie waga ma większe znaczenie, niż w przypadku zwykłego kręcenia po okolicy.

 

Czy warto dołożyć do roweru górskiego

Największa różnica między Kandsem, a Scottem, tkwi w amortyzatorze. I będzie to różnica nie tylko cenowa (w detalu różni te widelce 900 zł), ale także jakościowa – jest między nimi przepaść pod tym względem. Druga, spora różnica, to (zakładam) będą koła. Nie chciałbym wydawać jednoznacznej opinii, ale z mojego doświadczenia wynika, że jednak koła w droższych rowerach znoszą więcej i wolniej się rozcentrowują. Rama w Scott’cie powinna także wytrzymać więcej, jest też trochę bardziej przyszłościowa pod kątem dalszej rozbudowy.

Reasumując – warto dołożyć do droższego roweru górskiego wtedy, gdy jeździ się w trudniejszych warunkach, jeździ się dużo i ew. gdy waży się sporo lub wozi się większe bagaże. Do rekreacyjnych przejażdżek po okolicy, kilka razy w miesiącu, na krótszych dystansach – tani Kands w zupełności wystarczy, a w miarę zużywania się części, co najwyżej zainwestowałbym w lepszy łańcuch, a później w korbę i suport. Ewentualnie pomyślałbym o nowych kołach, jeżeli te, które założył producent, zaczną się nagminnie rozcentrowywać.

Rower crossowy

Czy warto dołożyć do roweru crossowego

Tutaj sytuacja jest podobna do roweru górskiego. Zazwyczaj im droższy rower, tym wytrzymalsze (niektóre) części i lepsza ich jakość. Im więcej się jeździ i im więcej bagażu chcemy zabierać, tym droższy rower warto kupić. Albo trzeba liczyć się z tym, że w tańszym rowerze, szybciej będziemy wymieniać zużyte elementy na nowe.

Rower trekkingowy

Czy warto dołożyć do roweru trekkingowego

Tu sytuacja znów się powtarza. Jeżeli myślisz o wielotygodniowym wyjeździe z ciężkimi sakwami, nawet nie patrz na trekkingi za 1000 złotych. Nawet jeżeli sprzedawca twierdzi, że w rowerze zastosowano napęd wysokiej klasy, przeznaczony na długie wyprawy. Do czego warto dopłacić w rowerze trekkingowym? Na pewno do dynama w przednim kole, które nie tylko zwiększy nasze bezpieczeństwo (można mieć włączone lampki przez całą dobę, bez martwienia się o wyczerpane baterie). Przy wyprawach z sakwami, osobiście polecałbym także pójść w stronę hydraulicznych hamulców tarczowych. Wiem, że może to budzić kontrowersje i wiele osób napisze, że szczękowe hamulce V-Brake to lepszy wybór. Niemniej zjeżdżając z Arłamowa w Bieszczadach, z ciężkim sakwami, w koszmarnej ulewie, cieszyłem się, że mam hydrauliczne tarcze, a nie V-Brake (wtedy ostatecznie przekonałem się, że tarczówki to coś, od czego już nie uciekniemy, choć wcześniej byłem zatwardziałym zwolennikiem V-Brake).

Rower szosowy

Czy warto dołożyć do roweru szosowego

Zastanawiałem się, czy nie zrobić tu rozpiski, takiej jak przy rowerze górskim. Ale chyba większość podpunktów zaczęłaby się powtarzać. Największy przeskok, bardzo zauważalny nawet dla kompletnego amatora, będzie między tanim rowerem szosowym pokroju Scrappera Spego za 1300 zł, a na przykład Krossem Vento 2.0, który katalogowo kosztuje dwa razy więcej, choć da się go kupić na wyprzedaży za 2200 zł.

Co dostaniemy więcej w Krossie? Koło z kasetą, a wolnobiegiem, czyli w przypadku chęci zmiany napędu na 9/10-rzędowy, nie będzie trzeba wymieniać tylnego koła. Do tego w Vento oba koła są na szybkozamykacze, bo Scrapper tylne ma zakręcane na płaski klucz. Napęd w Krossie to nowoczesny Shimano Claris – i choć to druga od dołu grupa Shimano, to mamy tu korbę na sztywnej osi, klamkomanetki bez „wąsów” (wszystkie linki schowane pod owijką) czy współczesną zmianę biegów (klamkomanetki w Scrapperze są zbudowane tak, że w jadąc w dolnym chwycie, nie zmienimy przełożenia na twardsze z tyłu czy lżejsze z przodu – drobiazg, ale robi różnicę). Do tego Kross ma wewnętrzne prowadzenie linek w ramie i karbonowy widelec, a nie stalowy (co znacząco wpływa na wagę roweru).

Generalnie Vento pod praktycznie każdym względem wygrywa ze Scrapperem, który może być niezłym wyborem tylko dla osób, które po prostu nie chcą wydawać większej kasy na rower. Bo nawet ulepszanie Scrappera nie będzie miało większego sensu, wydamy na to dużo, dużo więcej, niż gdyby od razu kupić trochę lepszy rower.

W droższych rowerach oczywiście pojawia się lepszy napęd, mocniejsze hamulce, lżejsze ramy i koła, lepsze łożyska itd. Natomiast obecnie już rowery szosowe za 2500-3000 złotych mogą wystarczyć do jazdy dla przyjemności, czy nawet bardzo amatorskich treningów.

Rower miejski

Czy warto dołożyć do roweru miejskiego

To jest ciekawa kategoria rowerów, gdzie możemy znaleźć modele, kosztujące po 5-6 tysięcy złotych (i nie myślę tu o wersjach elektrycznych) – a przecież rowery miejskie z założenia służą do przemieszczania się na nieduże odległości i nie muszą być tak wytrzymałe i „wybajerzone” jak inne kategorie rowerów. Niemniej dojeżdżając codziennie do pracy, w różnych warunkach pogodowych, czy to deszcz, czy to mróz i upał – dobrze wykonany, uszczelniony, lekki i dający się załadować cięższym bagażem rower, na pewno bardzo się przydaje.

A czym się różni rower miejski za 1000 zł od takiego za 2000 zł? Tak jak w rowerze trekkingowym, droższe modele często mają dynamo do napędzania lampek (świetna sprawa). Dostajemy też często większą liczbę biegów, zwłaszcza jeżeli porównujemy rowery, gdzie jest przerzutka planetarna (czyli schowana w piaście) – jeden bieg wystarczy tylko, gdy jeździmy po płaskich terenach, bez większych wzniesień. Trzy biegi przydają się, gdy na naszej drodze pojawią się pagórki, niemniej wygląda to często tak, że podczas jazdy np. „dwójka” będzie za lekka, a „trójka” za twarda. No i to my musimy się dostosować do roweru, a nie on do nas. Chodzi o duże różnice pomiędzy poszczególnymi biegami. Siedem, osiem czy nawet jedenaście przełożeń sprawia, że łatwiej dopasować bieg do warunków, w których aktualnie jedziemy.

Droższe rowery są także lżejsze, rama wykonana jest z aluminium lub dobrej stali, które ważą mniej niż stal niskogatunkowa. Jest to istotne zwłaszcza wtedy, gdy wnosisz rower po schodach. Jakość wykonania poszczególnych elementów, jeżeli porównamy je w rowerze za 500 zł, a 1500 zł też będzie inna. Czy trzy razy lepsza? Może się okazać, że tak. Na Allegro można znaleźć rowery miejskie kosztujące nawet mniej niż 400 zł i to z wysyłką gratis. To dobre rowery do bardzo sporadycznych przejażdżek, dla osób, które nie ważą dużo i nie wymagają, aby na rowerze jeździło się bardzo lekko. Jeżeli chcesz jeździć więcej – polecam dołożyć do droższego roweru.

A może wziąć podstawowy model i stopniowo go ulepszać

Jest to jedna z koncepcji, przewijających się w internecie. Kup tańszy rower na tej samej ramie co droższy i z czasem go ulepszaj. Cóż, jeżeli nie ma się kasy na zakup wyższego modelu, może to być niezłe rozwiązanie – przecież lepiej zacząć już jeździć, niż czekać aż dozbiera się do lepszego roweru. Ale! W przypadku gdy mamy kasę w portfelu, lepiej dobrze się zastanowić, czy nie kupić od razu czegoś lepszego. W przeciwnym razie można wpaść w manię ciągłej wymiany elementów. Więcej na ten temat mówiłem w odcinku – czy warto wymieniać części w nowym rowerze.

To w końcu dołożyć do nowego roweru czy nie?

Napisałem już ponad 2500 słów, a konkretnej odpowiedzi, pasującej do wszystkich z Was nie udzieliłem. Bo jej nie ma. Nie da się zamknąć wszystkiego w ramy tabelek i porównań, choć byłoby miło. Najważniejsze to jeździć, poznawać swoje potrzeby i z czasem na nie reagować. Przecież zawsze można w rowerze coś wymienić, albo zwyczajnie kupić nowy rower, sprzedając stary. Nic nie zastąpi własnego doświadczenia i ani sprzedawca, ani koleżanki i koledzy, ani nawet jakiś pan z internetu, nie powiedzą na 100%, co będzie najlepsze dla Ciebie.

Oczywiście warto zasięgnąć języka w różnych miejscach, pojeździć rowerami znajomych, poprzymierzać się do różnych rowerów w sklepie. A na końcu coś wybrać i nie zadręczać się potem, że się źle wybrało, bo nie o to w jeździe na rowerze chodzi :)

13 komentarzy

  • „Panie, kup Pan ten rower bo jest stworzony z myślą o Panu”
    „Ale proszę Pana weź Pan ten rower, dopłaci Pan jedynie stówkę i ma Pan już nowocześniejszą przerzutkę”
    „Wie Pan co, tamte rowery są ciężkie. Weź Pan ten, dopłaca Pan kolejną stówkę i ma Pan rower lżejszy o 321 gramów!”
    „Proszę Pana, dopłaci Pan te parę złotych i ma Pan jeden bieg więcej z tyłu. Chce Pan pchać rower pod górę? No chce?”
    „W dzisiejszych czasach amortyzator sprężynowy? To uginacz. Ten ma już prosty amortyzator ale powietrzny, dopłać Pan”
    „Ale w tamtym jest powietrzny Suntour, one są nic nie warte. A tu proszę, dopłaca Pan trzy stówy i ma już Pan Markhor-a”
    „Tam ma Pan średnie koła, a tu duże koła, parę razy Pan zakręci korbą i jest Pan już na miejscu. Może warto dopłacić”
    „W tym rowerze jest lepsza i dłuższa gwarancja, oczywiście jest droższy, ale coś za coś”
    „W tamtych rowerach jest tania hydraulika i klamki o zgrozo trzy palcowe, dopłać Pan i celuj w minimum Deorki”
    „W tych tańszych są piasty z łożyskami kulkowymi, a w tym droższym są już z wszech miar lepsze maszynowe”
    „Pan tak na oko waży z 85, 90 kilo, tamte rowery mają cienkie ośki. W tym dopłaca Pan dwie stówy i są już sztywne osie, to oznacza że…”
    „Ta marka jest droższa bo oni sami dla siebie produkują ramy, a nie zlecają tego innym firmom, ten rower warty jest swej ceny”
    „Niech się Pan zastanowi, niech się Pan prześpi z tym. I niech mi Pan wierzy, że warto do niego dopłacić”

    Skąd ja to znam…

    A gdzie własne myślenie klienta – czego tak na prawdę potrzebuję. Czy ja startuję z zawodach? A może ten droższy rower będzie używany rzadziej niż częściej i nie potrzebuję tego lepszego. Czy ten droższy rower (w cenie auta) będę miał gdzie trzymać, czy mi go ukradną. Jaki będzie koszt eksploatacji tego droższego? Czy ja ten rower będę używał zgodnie z jego przeznaczeniem? Co na to powie żona? Może mam kryzys wieku średniego i potrzebuję się dowartościować tym droższym i lepszym rowerem.

  • Spokojnie mogę powiedzieć, że dla większości rowerzystów odpowiedź brzmi: nie warto. Producenci zrobią wszystko co w ich mocy, aby przekonać nas, że tylko napęd wyższej grupy da sztywność wystarczającą do dwóch wycieczek w sezonie na grzyby. Nie jest to nic dziwnego – w końcu sprzęt produkuje się po to aby go sprzedawać ale warto zachować tu zdrowy rozsądek. Jeśli ktoś jeździ „od wielkiego dzwonu” i do tego w spokojnym terenie to może spokojnie kupować sprzęt z dolnej półki cenowej. Jest spora szansa, że zanim zajedzie Tourneya to już dawno jazda na rowerze mu się znudzi. Jeśli jeździmy dużo albo jeździmy w wymagającym terenie to sprzęt powinien być lepszej jakości. Nikt przecież nie chce remontować sprzętu kilka razy w sezonie albo żeby rozsypał się pośrodku górskiej wycieczki.

    Sam z zasady nigdy nie kupuję sprzętu z najniższej póki cenowej. I to niezależnie od marki. Producenci sprzętu już dawno nauczyli się, że nie opłaca im się sprzedawać wyłącznie produktów klasy premium. Istnieje przecież cała grupa klientów których na takie produkty nie stać. Chętnie kupiliby więc produkt znanego producenta o ile byłby on w przystępnej cenie. A jeśli jest takie zapotrzebowanie to każdy prawdziwy kapitalista będzie chciał je spełnić. Stąd też produkuje się sprzęt z logiem znanych marek, który z „legendarną” jakością tych marek nie ma nic wspólnego. Dlatego też sam wolę dołożyć trochę kasy i kupić sprzęt średniej jakości, który będzie cechował się trwałością i nie będę musiał przy nim grzebać co kilka miesięcy.

  • Pytanie z innej beczki mam rower z komunii :) Wymieniłem opony i wszystko co potrzeba – manetki hamulce itp jednak problem jest taki że jak trochę pośmigam to tylne koło mi zahacza o ramę i uniemożliwia jazdę. Trzeba trochę kopnąć bo dokręcanie już nic nie daje ;/ Jak temu zaradzić? Proszę o pomoc. Może wymiana śrub mocujących koło?

    • A tylne koło montowane jest na szybkozamykacz czy na nakrętki przykręcane kluczem? Chociaż jak piszesz o śrubach, to domyślam się, że to drugie.

      Ciężko powiedzieć, tak bez obejrzenia tego na żywo. Warto byłoby zdjąć koło i zobaczyć co się tam dzieje. Albo oddać do serwisu, niech spojrzą.

      • Łukaszu dokładnie na nakrętki. Koło może jest w małym stopniu scentrowane. Czasami działa odkręcenie koła przykręcenie i można jeździć 40 km znowu powtórzenie zabiegu nie można przejechać 100 m i koło się blokuje.

        • A na osi masz jakieś luzy?

          Tak jak mówię, nie widzę tego na żywo, więc nie chcę źle doradzić. Jeżeli jest to tylko kwestia luzującej się nakrętki, możesz spróbować użyć kleju Loctite 243. Jest to środek do zabezpieczania gwintów o średniej wytrzymałości,
          tzn. w razie czego będzie się dało odkręcić nakrętki kluczem.

    • Cześć,
      rocznik nie ma większego znaczenia, zwłaszcza w przypadku rowerów trekkingowych. Śmiało można kupować i negocjować sporą obniżkę, przynajmniej 20%. A rower fajny i za takie 2800 zł (lub mniej) – to czemu nie.

  • Miałem podobny dylemat przed kilkoma latami gdy kupowałem mtb i szosę. Wybrałem złoty środek i nie żałuję zakupów, bo do dzisiaj nimi jeżdżę.

    Gdybym miał dziś kupić to z MTB miałbym większy dylemat ale z pewnością popatrzyłbym na ramę, zwłaszcza główkę ramy (tapered jest standardem) – tak jak piszesz większosć amorków jest dostępna od ręki.

    Z szosą to już inna bajka, bo sporo sie namnożyło tych produktów ale tylko nieliczni mają odwagę przygotować taką szosówkę z odpowiednim osprzętem za dobry pieniądz. Mowa np. o Decathlonie. Triban 520 z 2016 roku miał osprzęt możliwie najlepszy w tej cenie w porównaniu do konkurencji (w tym rodzimego krossa vento) z rynku pierwotnego. nawet wtórny nie dawał takich dodatków.

    Odpowiadając na pytania czy warto dopłacać: TO ZALEŻY. kiedyś najważniejszą kwestią przy zakupie była wytrzymałość ramy. resztę dało się czasem dopasować.

    Jeśli ktoś naprawdę szuka fajnego roweru, to musi ogarnąć budżet – maksymalną kwotę. Wtedy rozglądamy się za rowerem, weryfikując czy model wyższy wykraczający spoza budżetu ma coś specjalnego, niż ten, który mieści się w budżecie. Jeśli różnice są niewielkie (np. inna przerzutka, opony czy koła) to myślę, ze warto wziąć ten „budżetowy”, a po czasie sobie zainwestować w wymianę osprzętu. Jeśli różnica jest ogromna (np. model budżetowy ma 9rz a ten wyższy 10-11rz to warto rozważyć opcję droższą)..

    Jak widać, jest zbyt wiele czynników.. ;-) a to wszystko może zabić frajdę z jazdy :P

  • Co kto lubi – albo tanio i rzeźba w g… co pare miesięcy i wymiana co roku zjechanych części, albo droższy i wymiana co 3 lata – takie realia.

  • Cześć. Mam rower z lat 50 nie jest rarytas ale jestem z niego zadowolony. Mimo swoich lat ma swoje oryginalne części. Niektórzy mówią że mam stary rupiec. Mam jedyny swojej klasie i jestem z niego zadowolony.

    • Stary rower też ma sens. Mam taki na dojazdy z domu do dworca. Po dwóch skradzionych rowerach z miejsca z tzw. monitoringiem i policją wyspecjalizowaną w olewaniu drobnych spraw, stary sprawny rower jest wybawieniem na krótkie codzienne przejazdy. Niech Ci służy kolejne 60 lat!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.