Długa trasa rowerem w 24 godziny – jak się przygotować?

Od czasu do czasu odzywa się we mnie głos, który podpowiada – a może by tak spróbować się na jakiejś dłuższej, rowerowej trasie? Tak cztery lata temu przejechałem trasę Łódź – Częstochowa – Łódź (260 km), czy dwa lata temu także do Częstochowy i z powrotem, ale tym razem z tatą na tandemie (290 km).

Do ponownego zmierzenia się z dłuższą – jak dla mnie – trasą, zachęcił mnie start Marcina Hinza, mojego znajomego, w Pierścieniu Tysiąca Jezior. To rowerowy ultramaraton, gdzie jest do przejechania 610 kilometrów, z limitem czasu 40 godzin (rekord to niewiele ponad 21 godzin!). I gdzieś w głowie zaczął tlić mi się pomysł – a może zobaczyłbym, ile kilometrów uda mi się przejechać w 24 godziny? Tak dla sprawdzenia się, bez bicia rekordów, jazdy na zabój, tylko tak jak zawsze – dla przyjemności.

Ten temat ciągle mi umykał, aż w końcu przyszedł wrzesień ze swoją paskudną pogodą. W zeszłym roku o tej porze było gorąco, w tym – niestety padał deszcz. Ale w prognozie pogody pojawiła się w końcu bezdeszczowa noc, z zapowiadaną temperaturą 14 stopni. Uznałem, że jadę teraz albo nigdy (z tym nigdy trochę przesadzam, w momencie gdy piszę te słowa znów zrobiło się pogodnie). Przygotowałem sprzęt, ustaliłem trasę oraz godzinę startu i ruszyłem.

Zapraszam do obejrzenia krótkiej relacji wideo z trasy. Będzie mi bardzo miło, jeżeli zasubskrybujesz mój kanał :)

 

Ostatecznie udało mi się przejechać 330 kilometrów, co zajęło ok. 14,5 godziny samej jazdy (średnia 22,7 km/h) + 7,5 godziny przerw (nie spałem po drodze). Razem 22 godziny, a nie 24, jak planowałem, ale o tym napiszę za chwilę. Przygotowałem dla Was krótki poradnik, jak przygotować się do takiej, ale myślę, że i dłuższej trasy. Będę tam wplatał historię mojego przejazdu.

Toruń wypadł mniej więcej w połowie trasy

Ustal ile chcesz przejechać – mierz siły na zamiary. Jeżeli do tej pory jeździłeś/jeździłaś niewiele, a Twoja najdłuższa trasa wynosiła 20 kilometrów, nie rzucaj się od razu na 200 km. Musisz wcześniej trochę się rozjeździć. Warto również zainwestować w licznik lub skorzystać z aplikacji na smartfona, by na wcześniejszych przejażdżkach wiedzieć jaką masz średnią prędkość. Dzięki temu będzie można tak zaplanować dzień, by nie okazało się, że zapada noc, a Ty jesteś w szczerym polu, 50 kilometrów od domu, bez żadnych lampek.

Droga rowerowa we Włocławku

Opracuj trasę – nawet jeżeli nie masz konkretnego planu na liczbę kilometrów (tak jak ja, w tym przypadku), powinieneś mieć ustaloną trasę oraz cel (punkty na trasie) – tak aby było do czego dążyć. Jazda na zasadzie – pojadę gdzie oczy poniosą, staje się w pewnym momencie mało motywująca.

Koniecznie weź pod uwagę natężenie ruchu na danej trasie, jakość nawierzchni, dostępność pobocza, sklepów, stacji benzynowych. Nie polecam jeździć głównymi drogami, na których nie ma szerokiego pobocza, lepiej wtedy trzymać się spokojniejszych tras. Warto podczas wytyczania trasy spoglądać na Street View, czyli zdjęcia danej drogi, udostępniane przez Mapy Google. Dzięki nim łatwiej jest ustalić, jaki ma charakter. Jazda drogą krajową, gdzie pędzi kawalkada TIR-ów, jest wąsko i nie ma pobocza – nie należy do przyjemności i nie jest bezpieczna.

To w dzień. Natomiast w nocy, gdy ruch słabnie, warto zastanowić się, czy nie wytyczyć trasy tak, aby co jakiś czas mijać całodobowe stacje benzynowe. Można tam uzupełnić zaopatrzenie, zjeść i wypić coś ciepłego, skorzystać z toalety i się ogrzać. Ja cały czas jechałem drogą krajową nr 91, która biegnie wzdłuż autostrady A1. Dzięki temu na „starej jedynce” ruch nie był dokuczliwy, a bardzo szerokie pobocze (przez 90% trasy) pozwala na spokojną jazdę.

Bądź widoczny, zwłaszcza w nocy – jeżeli chcesz spróbować jazdy przez 24 godziny, bądź dłuższej, nie obędzie się bez dobrego oświetlenia. Porządne lampki warto mieć zawsze, ale w tym przypadku to konieczność. Jeżeli jeździsz po asfalcie, przydałoby się co najmniej 500 lumenów w przedniej lampce. Natomiast jeżeli planujesz jazdę także po bezdrożach czy lesie – miło byłoby mieć 800 lumenów, tak aby w porę dostrzec wszystkie przeszkody. Ja oprócz mocnej lampki do oświetlenia tego co przed przednim kołem, założyłem na kierownicę drugą, sygnalizacyjną, dzięki której w nocy byłem lepiej widoczny.

Światła nigdy za wiele

Dobrze by było, aby tylna lampka również dość mocno świeciła. Nie musi przyprawiać kierowców jadących za nami o ból oczu, ale powinna być wyraźnie widoczna z bardzo daleka. Na ten przejazd założyłem dwie sztuki, tak abym w nocy był widoczny możliwie jak najwcześniej. Zabezpieczało mnie to również przed ewentualną awarią jednej z nich.

Wszystkie lampki, oprócz tej oświetlającej drogę, są na baterie AA lub AAA. Nie ma problemu aby w razie potrzeby kupić je w każdym sklepie. Natomiast przednią lampę mam ładowaną przez micro-USB i zasilałem ją z powerbanku.

No i nie obejdzie się bez szelek lub kamizelki odblaskowej! Możecie się ze mną zgodzić albo nie, ale to akcesorium sprawia, że jesteśmy widoczni z naprawdę daleka. I nie ma opcji, aby ktoś nas przegapił na drodze. Chciałem kupić sobie szelki, ponieważ są lekkie i zajmują mało miejsca, ale ostatecznie nie zdążyłem i pojechałem w zwykłej, samochodowej kamizelce. Do tego założyłem odblaskową opaskę na nogę, którą na co dzień zabezpieczam spodnie, aby nie wkręcały mi się w łańcuch.

Ważne jest, aby kamizelka czy szelki, były wyposażone w szerokie, odblaskowe elementy. W sklepach można często dostać rowerowe kamizelki, które mają wszyte jedynie cienkie, odblaskowe paseczki. Lepiej poszukać czegoś, co bardziej rzuca się w oczy nocą. Mi kamizelka w niczym nie przeszkadzała, a rano po prostu schowałem ją do torby.

 

Miej się w co spakować – da się oczywiście pojechać bez żadnych akcesoriów do pakowania, ale to tylko przy założeniu, że będzie przepiękna pogoda, Tobie nie przydarzy się żadna awaria roweru i że na swojej drodze co chwila będziesz spotykać otwarte sklepy (zwłaszcza w nocy). W przeciwnym wypadku, dobrze jest uzbroić się w coś do przewiezienia niezbędnych akcesoriów. Jest kilka możliwości zapakowania się, sposób trzeba wybrać w zależności od tego, co chce się zabrać. Choć od razu napiszę – nie warto nadmiernie przesadzać z ilością rzeczy.

Plecak – jego plusem jest to, że zazwyczaj każdy jakiś ma, więc nie będzie trzeba nic kupować. Niestety obciąża plecy i zazwyczaj przeszkadza w odprowadzaniu potu. Ale jakiś mały plecaczek do zabrania kilku rzeczy, dla wielu osób może być rozwiązaniem idealnym.

Sakwy – jeżeli w rowerze masz cały czas założony bagażnik i nie chcesz go zdejmować, to może być najlepsze rozwiązanie. Zawsze można zabrać tylko jedną sakwę, jeżeli masz je dzielone. Natomiast w innych przypadkach dobrze zastanowiłbym się nad taką opcją. Sakwy są super, można do nich zapakować dużo rzeczy, ale razem z bagażnikiem dokładają sporo do wagi roweru, więc jeżeli jest to dla Ciebie kluczowa sprawa – zachowaj je na bardziej turystyczne wyjazdy.

Bikepacking – pod tym pojęciem kryje się cała plejada toreb i torebeczek. Możesz założyć torbę na kierownicę, na ramę, pod ramę, pod siodełko, na wspornik siodełka. Przykłady większych toreb do bikepackingu pokazałem na YouTube. Nie obciążają tak roweru, bagaż można rozłożyć równomiernie, a same torby mogą być naprawdę pojemne.

Vaude Carbo

Torba podsiodłowa Merida

Xiaomi Power Bank 20000 mAh

Na ten przejazd zabrałem torebkę na ramę Vaude Carbo, w której trzymałem dokumenty, kamerę GoPro i jakieś drobiazgi. Do tego Monika pożyczyła mi torebkę pod ramę, do której zmieściłem powerbank Xiaomi o pojemności aż 20.000 mAh (bardzo się przydał) i kilka batonów zbożowych. Niestety, z racji tego, że górna rura w rowerze którym jechałem dość szybko opada, po założeniu takiej torebki musiałem zrezygnować z jednego koszyczka na bidon. Warto to wziąć pod uwagę, zwłaszcza gdy jest gorąco.

Ortlieb Saddle Bag

Aby nie zajmować miejsca w torbie, zamontowałem swoją pompkę Lezyne Tech Drive pod koszyczkiem na bidon. Do tego pod siodełko założyłem torbę Ortlieb Saddle Bag o pojemności 2,7 litra. Mam także torbę SKS Tour Bag XL o pojemności 2 litrów, ale okazała się tym razem ciut za mała.

SKS Raceblade Pro XL

W co jeszcze wyposażyć rower – nawet jeżeli prognoza pogody nie przewiduje ani kropli deszczu, warto pomyśleć o błotnikach. Gdy mimo wszystko jakiś deszcz się zdarzy, woda wylatująca spod kół nie działa zbyt dobrze na samopoczucie. A rano, nawet jeżeli nie padało, potrafi zbierać się wilgoć na asfalcie. Ja jechałem z błotnikami SKS Raceblade Pro XL, które swój pierwszy chrzest bojowy przeszły w tym roku w Bieszczadach. Na blogu znajdziecie test tych SKS-ów – bardzo je lubię, ponieważ nieźle chronią przed wodą, a jednocześnie można je w szybki sposób zdemontować.

Drugie akcesorium, które bardzo się przydaje to lusterko. Już kiedyś pisałem Wam o lusterku Zefal Cyclop, a w tym roku do kierownicy typu baranek założyłem mniejszy model Zefal Spy. Dzięki niemu nie trzeba odwracać głowy w 90% przypadków i widać z daleka nadjeżdżające samochody. Kiedyś nie byłem przekonany do lusterka, ale spróbowałem i teraz nie chcę bez niego jeździć :)

 

Co ze sobą zabrać – tak jak pisałem wcześniej, im mniej, tym lepiej. Niepotrzebny bagaż tylko obciąża rower i spowalnia jazdę. Ale warto mieć ze sobą: pompkę, dętkę, łatki, dwie łyżki do opon, skuwacz do łańcucha, narzędzia (ja od lat używam kluczy CrankBrothers Multi). Do tego malutkie opakowanie kremu na odparzenia, np. Sudocrem, zwłaszcza jeżeli chcesz przejechać dystans dużo większy niż Twój ostatni rekord.

Warto mieć ze sobą także podstawową apteczkę. Można kupić gotową, ale polecam skomponować ją samemu (na blogu znajdziecie wpis o rowerowych apteczkach) w zależności od potrzeb. Ja zabrałem plastry z opatrunkiem, bandaż, gazę jałową, coś do odkażania ran (Octenisept), folię NRC (koc ratowniczy, który zmniejsza możliwość wychłodzenia się), tabletki przeciwbólowe, węgiel w kapsułkach i dobry żel przeciwzapalny (tym razem bardzo się przydał, a na kolana i nogi najbardziej pomaga mi Reparil).

Poza tym, cały czas miałem ze sobą żelazną rezerwę w postaci dwóch batonów zbożowych. Warto je trzymać na wypadek np. zamkniętej stacji benzynowej w nocy lub tzw. „odcięcia prądu” na trasie.

Zefal Z Console

Miałem ze sobą także telefon, którego używałem jako nawigacji. Na YouTube pokazałem uchwyt na telefon z którego korzystam. Pisałem wcześniej o powerbanku – warto się w niego wyposażyć, zwłaszcza jeżeli korzystasz z nawigacji albo rejestrowania trasy, a także gdy będziesz ładować z niego lampki.

 

W co się ubrać – wszystko zależy od tego jaka jest pogoda. Jeżeli w dzień jest 35 stopni, a w nocy 25, zastanowiłbym się czy nie lepiej przełożyć tak długiej jazdy na inny termin. O tym jak jechać w upale, opowiadałem już na YouTube. Najważniejsza kwestia to krem z mocnym filtrem, dużo odpoczynku w cieniu i dużo, dużo, dużo picia. Ale tak czy owak, nie polecam dalekich tras w upale.

Natomiast jak każdy dobrze wie, w Polsce „idealną” pogodę do jazdy (w dzień i w nocy), mamy może przez 10 dni w roku. Przez resztę czasu zawsze coś może być nie tak – a to deszcz, a to wiatr, a to poranne zimno. Ja zawsze przed wyjazdem korzystam z pogody na meteo.pl oraz na norweskiej stronie yr.no Zapomnijcie o długoterminowych prognozach, są nic nie warte. Trzeba patrzeć maksymalnie dwa dni do przodu, później to już loteria. Dobrze jest zerknąć nie tylko na temperaturę i opady, ale także na kierunek i siłę wiatru.

Temperatura o 1:30
Temperatura o 3:50, ale chwilę później zaczęła spadać

Mi prognoza zapowiadała 14 stopni w nocy i kilka więcej w dzień. I choć zwłaszcza podczas jazdy chłód mi nie przeszkadza, to nie mogłem nie zabrać ze sobą dodatkowych warstw ubrań. Tym bardziej, że dość mocno wiało (na szczęście w plecy). Podstawa to dobre spodenki – ja mam od dłuższego czasu Pearl Izumi na szelkach. To krótkie spodenki, ale gdyby zapowiadała się gorsza pogoda, oczywiście wziąłbym coś z długimi nogawkami. Ale z racji tego, że najzimniej miało być dopiero nad ranem, a nie chciałem zabierać drugich spodenek, zdecydowałem się wziąć jeszcze nogawki. Używam długich nogawek Etape, które dobrze chronią nogi i kolana.

Do tego zapakowałem rękawki Rogelli, rowerową bluzę Kelly’s z długim rękawem, proste rękawiczki z długimi palcami i najważniejsze, czyli cienką kurtkę z membraną windstopper, która nie przepuszcza wiatru. Ja używam kurtki Gore Element WS AS – nie jest tania, ale przerabiałem już różne kurtki i jednak membrana tego typu najlepiej odprowadza pot na zewnątrz. A ochrona przez wiatrem jest bezcenna. Kurtka jest też do pewnego stopnia wodoodporna, choć jeżeli miałoby mocno i długo padać, wolałbym coś z Gore-Texem.

Do kompletu zabrałem chustę typu buff (przydała się do ogrzania szyi) i cienką czapeczkę pod kask polskiej firmy Brubeck. O kasku chyba nie muszę pisać, bez niego nawet nie ruszajcie się z domu, zwłaszcza jadąc w nocy.

I jeszcze okulary. Kiedyś jeździłem bez nich, ale odkąd kilka razy oberwałem w oko jakimś robakiem (wpływ na to może mieć moja pomarańczowa koszulka), staram się nie wychodzić na rower bez szkieł na nosie. Na wieczór i noc mam okulary z przezroczystymi szkłami. Tym razem jechałem w nich cały czas, ponieważ nie było ostrego słońca i jasne szkła zupełnie mi nie przeszkadzały w dzień. W inną pogodę albo zabrałbym drugie okulary, albo drugie szkła.

Trochę tego wyszło, ale jak się okazało – wszystkie elementy ubioru się przydały. Popełniłem tylko kardynalny błąd czyli przeszacowałem swoje możliwości jazdy w niższej temperaturze. Tym bardziej, że cały czas wiało. Po prostu za późno zacząłem się ubierać. W kurtce jechałem od samego początku, ale dopiero w środku nocy założyłem nogawki, rękawki i bluzę. To sprawiło, że trochę mnie wyziębiło i niestety za Toruniem miałem sporą przerwę na stacji benzynowej, gdzie dochodziłem do siebie przy kanapkach i gorącej herbacie. Nie ma co kozaczyć i w nocy, gdy informacja o temperaturze bywa zdradliwa (wilgoć!), lepiej trochę szybciej zakładać dodatkowe warstwy odzieży. Nie powinniśmy się oczywiście przegrzewać, ale jak się okazało, nawet po założeniu wszystkich ciuchów nie było mi za gorąco.

Ktoś pożałował na wiadukt, no to są szlabany

Pij dużo, jedz lekko ale kalorycznie – nigdy nie byłem ekspertem jeżeli chodzi o żywienie, ale wiem jedno – na żelach energetycznych ciężko jechać przez cały dzień i trzeba zjeść coś porządniejszego. Osobiście nie polecam robienia sobie przerw na schabowego z ziemniakami (popijanego piwem albo colą), ponieważ potem można mieć problem z ruszeniem w dalszą drogę. Lepiej co jakiś czas przegryźć kanapkę, banana, czekoladę, batonika zbożowego czy słodką bułkę. W moim wypadku sprawdzają się również kabanosy – są tłuste, ale szybko dają uczucie sytości i nie trzeba ich dużo jeść.

Co jakiś czas nie robiąc postoju, zjadałem kawałek czekolady lub batona, by stale dostarczać organizmowi paliwa. Warto mieć albo w tylnej kieszonce, albo torbie na ramie/kierownicy coś do przegryzienia. Jak zgubne w skutkach może być „odcięcie paliwa”, przekonał się kiedyś zwycięzca Tour de France – Chris Froome, któremu na jednym z odcinków ekipa nie dowiozła żeli energetycznych (był problem z dostaniem się samochodu do kolarzy). Brytyjczyk nagle stracił wigor i nie był w stanie jechać zaplanowanym tempem. A to zawodowiec, to co dopiero my amatorzy możemy powiedzieć? :)

Picie jest równie ważne. Ja jestem olbrzymim zwolennikiem koszyczka na bidon i popijania podczas drogi przez praktycznie cały czas. Picie dopiero na postoju może się szybko zemścić, zwłaszcza na długiej trasie zacznie wychodzić brak nawadniania. Pić można np. izotonik własnej roboty, choć ciężko go zabrać w większej ilości ze sobą. Ja potem bazowałem na gotowych izotonikach, przeplatanych sokami owocowymi, które mieszałem z wodą mineralną. Jako bidon polecam model Camelbak Podium, o którym już kiedyś pisałem na blogu. Mam już trzecią sztukę (wymieniam co roku, ze względów higienicznych) – a zaletą tego bidonu jest to, że nie śmierdzi plastikiem.

Ile pić? Ile się da :) Nie możesz dopuścić, aby złapało Cię pragnienie. Po wielu godzinach jazdy może się zdarzyć, że napoje nie będą „wchodzić” – niestety trzeba się przemóc i pić małymi łykami dalej. Dlatego właśnie zmieniam typy napojów, aby jeden mi się nie znudził podczas jazdy.

Wisła

Miej plan awaryjny i bądź elastyczny – na trasie wszystko się może zdarzyć, także miej wyjście awaryjne. Pociąg lub PKS gdzieś po drodze albo kogoś bliskiego, kto w każdej chwili, może po Ciebie przyjechać samochodem. Warto być również przygotowanym na zmianę trasy. Mój początkowy plan zakładał, że wyjeżdżam z Łodzi, jadę w kierunku Torunia i po około 11 godzinach zawracam do domu. Tymczasem okazało się, że przez całą noc zgodnie z prognozami, wiatr wiał mi w plecy. W dzień także miało wiać kierunku w którym jechałem, a w dodatku w okolicach Łodzi rozpadało się. Szybko zmieniłem plany, uznając, że jadę dalej trasą 91 w kierunku Gdańska, dzięki czemu miałem sprzyjający wiatr i lepszą pogodę. Do Gdańska nie udało mi się dojechać (nie zdążyłbym na ostatni pociąg, a musiałem wrócić do domu), tak więc wróciłem z pobliskiego Tczewa.

 

Bądź rozjeżdżony – wspomniałem już, że trzeba trochę pojeździć, zanim zabierzemy się za coś większego. Ile? Wszystko zależy od celu i ciężko mi powiedzieć ile i jak trzeba jeździć, ponieważ nigdy nie byłem pasjonatem treningów, jeżdżę tylko dla przyjemności. Ale to się po prostu czuje z każdym przejechanym kilometrem. Warto także stopniowo zwiększać dystanse. Dziś 50 km, za dwa tygodnie 100 km, za miesiąc 150 km itd. Im częściej będziesz jeździć, tym szybciej forma sama przyjdzie, wyczujesz jakie tempo jest dla Ciebie najlepsze i popracujesz nad zwiększeniem kadencji, jeżeli będzie taka potrzeba.

Zakłady Anwil we Włocławku

Nie zgrywaj twardziela  gdy na Facebooku Rowerowych Porad pochwaliłem się przejechanym dystansem, jeden z czytelników zapytał, czy nie miałem problemów z koncentracją. W końcu jazda bez snu może wpłynąć na to, jak zachowujemy się za kierownicą. Chwilę przed wyjazdem (ruszyłem o 19:30, tak aby przejechać „najgorsze” na początku) przespałem może 1,5 godziny, niestety na więcej zabrakło czasu. Ale jak się okazało, nie miałem żadnego problemu z sennością czy brakiem koncentracji. Samochodem czy motocyklem raczej nie dałbym rady jechać bez przynajmniej zdrzemnięcia się po drodze. Ale tam siedzimy praktycznie w bezruchu, non stop w tej samej pozycji. A na rowerze cały czas ruszamy nogami, co poprawia krążenie. To trochę jak wyjście na dyskotekę czy wesele, gdzie człowiek bawi się do białego rana :)

Ale! Jeżeli tylko czułem, że nie mogę jechać – od razu odpuszczałem i robiłem przerwę. Bo od założonego celu ważniejsze jest zdrowie. I tak robiłem pod koniec trasy, przejeżdżane odcinki były coraz krótsze, a przerwy dłuższe. Spać zachciało mi się dopiero w pociągu, ale kolano dokuczało mi przez prawie całą drogę. No właśnie, kolano…

Przyjaciel każdego rowerzysty, czyli przystanek :)

Bądź w pełni sił – trzy dni przed tym przejazdem brałem udział w poznańskim Bike Challenge. Znów udzieliła mi się atmosfera i przejechałem trasę na 90% moich obecnych możliwości (średnia 33 km/h, czyli sporo więcej, niż na co dzień). Choć nie jechałem „na zabój”, to i tak przeciążyłem trochę prawe kolano. I niestety kilka dni później, na jakimś 80. kilometrze zaczęło się odzywać. Tak jak napisałem wcześniej – za późno je osłoniłem od wiatru i za późno zacząłem smarować. Tak czy owak, jechałem tak, aby je oszczędzać, a gdyby tylko zaczęło mi przeszkadzać, od razu przerwałbym jazdę. Na szczęście to było tylko lekkie przeciążenie stawów i udało mi się jechać przez te 22 godziny. Ale następnym razem po jakimś intensywnym przejeździe, odczekam kilka dni więcej zanim wybiorę się na kolejny :)

Zamek Krzyżacki w Świeciu

To chyba najważniejsze porady. Pozostaje kwestia czy jechać samemu czy w więcej osób, ale to już zależy od Ciebie. W grupie jest raźniej, bezpieczniej, można się schować przed wiatrem za kimś i jest ciut większa motywacja do jazdy. Ale z drugiej strony, jadąc samemu ma się wolną rękę jeżeli chodzi o tempo czy liczbę i długość przerw. Ja preferuję jazdę solo :)

Śmiało piszcie w komentarzach, ile kilometrów udało się Wam przejechać w formule non-stop (czyli bez spania). Ja na pewno nie powiedziałem ostatniego słowa, popracuję nad kondycją i w przyszłym roku spróbuję jeszcze raz. Bo coś czuję, że jestem w stanie przejechać więcej :)