Camelbak Podium – test nieśmierdzącego bidonu

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz używałem bidonu. Mogło to być dobre piętnaście lat temu. I tak naprawdę nigdy nie lubiłem z niego pić. Powód był bardzo prosty – dosłownie każdy bidon śmierdział plastikiem. I nie dość, że miał taki zapach, to jeszcze zmieniał smak wlanego do niego napoju. O smaku gumowego ustnika już nie wspominając. W każdym razie moja przygoda z bidonami szybko się zakończyła i przestawiłem się na zwykłe butelki po napojach. To też był kompromis, ponieważ musiałem szukać butelek, które dopasują się do koszyczka, a do tego za każdym razem żeby się napić, trzeba taką butelkę odkręcić.

Kilka lat temu moim „wybawieniem” została butelka od pewnego napoju izotonicznego. Idealny kształt, optymalna pojemność (750 ml), nie zmieniała smaku napoju, łatwa w otwieraniu i zamykaniu przykrywka, dostępne na prawie każdej stacji benzynowej. Prawie same zalety, tylko jeden spory minus – z butelki można skorzystać jedynie kilka razy. Po kilku myciach i napełnieniach plastik traci sztywność i ogólnie butelka przestaje wyglądać estetycznie. Trzeba kupić kolejną, co w markecie kosztuje ok. 3 zł, a na stacji 4 zł. Cena do przeżycia, ale patrząc w skali roku zbierała się ładna sumka.

Bidon rowerowy

Musiałem coś zmienić i natchnęła mnie do tego dyskusja w komentarzach o rowerowych prezentach. Szczerze mówiąc wcześniej nawet nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak nieśmierdzący bidon. Poszperałem trochę w internecie i ostatecznie kupiłem bidon firmy, która słynie z produkcji bukłaków – Camelbak. W swojej ofercie mają kilka modeli rowerowych bidonów: zwykłe Podium, utrzymujące temperaturę Podium Chill i jeszcze dłużej utrzymujące temperaturę Podium Ice. Ja zdecydowałem się na zwykły bidon bez podtrzymywania temperatury o pojemności 710 ml (jest jeszcze wersja 610 ml).

Pierwsze i najważniejsze co mogę napisać – bidon faktycznie nie śmierdzi plastikiem i nie zmienia smaku napojów. Ale jeżeli się go zakręci i tak zostawi na jakiś czas, to pojawia się delikatny zapaszek tworzywa, który jest na całe szczęście neutralny i szybko znika po odkręceniu nakrętki. To jest jego przeogromna zaleta i przez to jest warty swojej ceny.

Druga fajna (z drobnym zgrzytem) sprawa to ustnik. Jest tak skonstruowany, że napój leci przez niego jedynie wtedy gdy się go zassie lub ściśnie butelkę. Dodatkowo można przekręcić specjalne pokrętło, by całkowicie zablokować zaworek. Dzięki temu nic się nam nie rozleje na przykład podczas transportu roweru czy gdy wrzucimy bidon do plecaka. Ustnik można rozebrać, tak by porządnie go wymyć. Bidon można też myć w zmywarce, ale producent nie zaleca mycia go w wysokich temperaturach, więc trzeba na to zwrócić uwagę. Na forach internetowych można znaleźć informacje, że przy ustniku potrafi pojawić się dziwny nalot, którego nie da się doczyścić. U mnie nic takiego się nie dzieje, ale może dlatego, że po każdej jeździe od razu porządnie myję cały bidon i od razu go suszę.

Nieśmierdzący bidon rowerowy

Problematyczną kwestią dla mnie jest brak osłonki na ustnik. Z jednej strony jest to fajne, bo nie trzeba się siłować z żadnymi zatyczkami, ale z drugiej strony podczas jazdy ustnik może zbierać na sobie kurz. Pół biedy podczas jazdy po asfalcie, ale Ci, którzy jeżdżą w terenie lub po drogach gruntowych mogą być potem zmuszeni do „wstrzykiwania” sobie płynu do ust, bo nie będzie się dało złapać ustnika. Być może przesadzam, w końcu odrobina kurzu nikogo jeszcze nie zabiła, ale największy niesmak budzi we mnie rozwiązanie tej kwestii przez producenta. Zamiast dodać zatyczkę do każdego bidonu, Camelbak dał możliwość dokupienia dodatkowego ustnika z zatyczką za „jedyne” 24 złote. Przy cenie bidonu na poziomie 45 złotych, koszt tego ustnika jest absurdalny. A Camelbakowi korona z głowy by nie spadła, gdyby od razu montowali zatyczkę do każdego bidonu.

Skoro jesteśmy przy cenie, początkowo prawie pięć dych za bidon wydawało mi się bezsensownym wydatkiem. Ale policzyłem ile muszę kupić butelek z izotonikiem w ciągu roku i wyszło mi, że lekką ręką wydawałem na nie ok. 150 złotych (prawie każdej używając kilka razy). Z tej perspektywy cena Camelbaka już tak nie martwi.

Bidon bez zapachu

Podsumowując – bidon jest stosunkowo lekki (78 gramów), nie zmienia smaku napoju, ma wygodny ustnik (ale niezabezpieczony przed kurzem) i ma według mnie optymalną pojemność. Daję mu sporego plusa i mam nadzieję, że zostanie ze mną na dłużej bez żadnej awarii.

A Wy jak sobie radzicie z piciem podczas jazdy? Piszcie śmiało, może podchwycę kolejny ciekawy patent do przetestowania.

//EDIT 2016: Niestety informacje, które do mnie docierały, że u wielu osób w ustniku zbiera się niezidentyfikowany brud, którego nie da się usunąć – okazały się prawdą także u mnie. Starałem się zawsze utrzymywać bidon w czystości i przed długi czas było okej. Niestety po roku użytkowania bidon idzie do kosza. Ale… kupuję następny :) Zdaję sobie sprawę, że tego typu akcesoria nie są wieczne, a Camelbak nie miał u mnie lekkiego życia. Ponoć można ten brudek wyczyścić specjalnymi tabletkami do odkażania wody, ale ja już tego próbować nie będę. Tak czy siak, tak lubię ten bidon, że biorę nowy – to będzie nawet bardziej higieniczne niż trzymanie tego samego przez długi czas.

//EDIT 2018: Nie pomyślałem o tym, że ustnik (ta część, którą da się zdjąć z nakrętki) da się dodatkowo rozebrać do czyszczenia (na tę kwestię zwrócił uwagę w komentarzu Bziu, za co bardzo dziękuję). Będę musiał ten patent przetestować, gdy w ustniku pojawi się pierwszy nalot.