400 km rowerem w 24 godziny bez snu

Wychodzi na to, że powoli, ale systematycznie, nakręca się u mnie sprężyna rowerowego długodystansowca :) Na początku roku odświeżyłem sobie trasę z Łodzi do Częstochowy i z powrotem, by tydzień później wziąć udział w imprezie Piękny Wschód, gdzie pokonałem podobny dystans (260 km). Po głowie chodziła mi jeszcze myśl, aby znowu sprawdzić, ile uda mi się przejechać przez 24 godziny (oczywiście z postojami ale bez snu). W zeszłym roku przez 22 godziny przejechałem 330 kilometrów (na blogu znajdziecie opis wraz z garścią porad, jak przygotować się do pokonania dłuższego dystansu rowerem) ale dobrze wiedziałem, że to nie jest szczyt moich możliwości. Wtedy popełniłem kardynalny błąd i za późno zacząłem zakładać na siebie cieplejsze warstwy odzieży. W efekcie wychłodziłem się, przez co spędziłem sporo czasu na dwóch stacjach benzynowych, grzejąc się przy herbacie. Tak więc wiedziałem dobrze, że wynik jest do poprawienia, ale po kolei…

On One Bish Bash Bosh

W zeszłym roku pojechałem Giantem AnyRoad, w tym zabrałem On One Bish Bash Bosh na tych samych oponach Schwalbe One 28C. Doszła czterolitrowa torba pod ramę Ortlieb Frame-Pack (kosztuje niestety ok. 320 zł, ale jestem z niej jak dotąd bardzo zadowolony), z tyłu została 2,7-litrowa torba Ortlieb Saddle Bag. W Bishu rama nie opada tak mocno jak w AnyRoad’zie, więc znalazło się miejsce na drugi bidon.

Jazda rowerem nocą

Na kierownicy zamiast telefonu wylądował licznik Sigma Rox 7.0 GPS, który spłatał mi psikusa (no dobra, sam to zrobiłem). Na postoju podłączałem do niego powerbank, aby go trochę podładować i przez przypadek zapauzowałem rejestrowanie trasy. Zorientowałem się dopiero po godzinie jazdy, że coś jest nie tak, bo dystans do celu wcale się nie zmniejszał :)

Gdy startowałem, coś mnie podkusiło aby włączyć dodatkowe rejestrowanie trasy w telefonie. I dzięki temu mam w 100% pełny zapis na Stravie :) Minus zapisu na telefonie polega na tym, że cały czas miałem go przy sobie, tak więc Strava rejestrowała spacerowanie po stacji benzynowej czy poboczu jako czas jazdy. W każdym razie ostatecznie wyszło ok. 17,5 godziny jazdy (średnia 23 km/h) i 6,5 godziny postoju – a dystans zarejestrowanego przejazdu to 402,9 km.

Temperatura w nocy

Tak jak w zeszłym roku, czekałem na taką pogodę, by w dzień temperatura nie przekraczała 25-28 stopni, a w nocy nie spadła na zbyt długo poniżej 14-15. Oczywiście gdyby było trochę chłodniej i nie zapowiadałoby się, że będzie lepiej – też bym pojechał. Ale tak się złożyło, że początek września był naprawdę ładny, z tym, że niestety cały czas wiał wschodni wiatr (ja jechałem drogą krajową nr 91 na północ), który nijak nie pomagał w jeździe.

Poranna mgła

Ostatecznie tylko nad ranem zrobiło się ok. 12 stopni. I przez całą drogę nie padało, co też było dla mnie dużym plusem :)

Ruszyłem ok. 20:40, ale z perspektywy czasu widzę, że lepiej byłoby wystartować godzinę wcześniej, tak aby było jeszcze trochę jasno. Wtedy metę miałbym również gdy było jasno, a w moim przypadku właśnie przez tą ostatnią godzinę, gdy organizm zderzył się z drugą nocą – zacząłem tracić koncentrację. Nie stwarzało to jeszcze zagrożenia, ale mam kolejne doświadczenie na następny raz. Kilka osób pytało mnie o senność po drodze i chęć zdrzemnięcia się choćby przez chwilę. Po pierwsze – nie miałem takiej ochoty nawet przez chwilę. Wychodzi na to, że gdy pedałuję, organizm jest na tyle dotleniony, że nie domaga się snu zbyt szybko (choć dwóch nocy pod rząd nie chciałbym już jechać). Po drugie – spanie samemu gdzieś na trasie jest mało bezpieczne. I po trzecie – przynajmniej ja, po takiej krótkiej, kilkunastominutowej drzemce wstałbym rozbity i jeszcze bardziej niewyspany.

Toruń

Przed startem nie nastawiałem się na konkretną liczbę kilometrów. Miałem założenie, że nie chcę pedałować krócej niż 18 godzin (co się prawie udało) i to pozwalało przypuszczać, że 400 km będzie do osiągnięcia. Ale wiecie, to wszystko się fajnie planuje siedząc w domu :) Rzeczywistość często potrafi być inna i nie wszystko wychodzi tak jak powinno. Ale tutaj w 95% wyszło :)

Wschód słońca nad Wisłą

Czemu nie w 100%? Dałbym radę przejechać więcej, gdyby nie było wiatru (a jeszcze więcej gdyby wiał w plecy). I… zapomniałem zabrać ciepłych skarpetek do jazdy w nocy :) To akurat był drobiazg, stopy aż tak mi nie marzną, ale nie obraziłbym się, gdybym jednak miał coś grubszego. W tekście z zeszłego roku pisałem Wam, że za późno zacząłem się ubierać i przemarzłem. W tym nie popełniłem tego błędu i kolejne warstwy odzieży zakładałem prawie od razu od wyjazdu. Wpływ na to miał m.in. wiatr, ponieważ nawet gdy termometr wskazywał 17 stopni, odczuwalna temperatura była sporo niższa i dochodził do tego jeszcze pęd powietrza samej jazdy.

W tym roku zdecydowałem się na termo koszulkę z długim rękawem Brubeck Activ Wool, zamiast rowerowej bluzy. To był dobry wybór, taka koszulka zajmuje mniej miejsca, a dzięki przyleganiu do ciała lepiej odprowadza pot. Na nią miałem założoną koszulkę rowerową i kurtkę z windstopperem. Do tego, przez ten cholerny wiatr, doszła jeszcze chusta na szyję – bez niej wiatr wlatywał przez kołnierz i wiał mi po plecach (brrr).

W zeszłym roku kombinowałem z nogawkami, które założyłem na spodenki. Nie sprawdziło się to u mnie za bardzo, bo co z tego, że osłoniłem nogi, jak w kroku nadal byłem osłonięty jedynie materiałem spodenek (które mam dość przewiewne, co świetnie sprawdza się w upalnie dni). Dlatego w tym roku założyłem ocieplone, długie legginsy do biegania z Decathlonu. Da się je bez problemu założyć na spodenki rowerowe z wkładką i wygodnie jechać (kwestia wyboru odpowiedniego rozmiaru). Było mi ciepło, ale jednocześnie się nie przegrzałem za bardzo.

Wjazd do Torunia

Jechałem, tak jak w zeszłym roku, drogą krajową nr 91, czyli tak zwaną „starą jedynką”. Od Łodzi w stronę Gdańska nie ma tam zakazu jazdy rowerem, a pobocze na 90% trasy jest szerokie i dobrej lub bardzo dobrej jakości. Bardzo przydaje się to zwłaszcza podczas jazdy w nocy. Po drodze trafia się także na trochę infrastruktury typowo rowerowej, jak wyżej widoczna trasa na wjeździe do Torunia.

Droga rowerowa Włocławek

Niestety muszę Was ostrzec przed kawałkiem „drogi” rowerowej na wjeździe do Włocławka (patrząc od strony Łodzi). Pisałem o niej już trzy lata temu i zrobiło się tam jeszcze gorzej. Na powyższym zdjęciu wygląda to dość niewinnie, ale uwierzcie mi, to jest idealna trasa do sprawdzenia nowego roweru górskiego. Jazda tam na szosowych czy miejskich oponach to dramat. Cała droga jest nierówna, popękana i dziurawa. Na trasie stoi zakaz jazdy rowerem i drugi (malutki) znaczek, informujący, że równolegle idzie ten bubel. Jadąc nocą zignorowałem zakaz (gdybym miał dostać mandat, odwoływałbym się w sądzie, bo to za nakazywanie jazdy tym szajsem, ktoś powinien dostać mandat). Ale w drodze powrotnej pomyślałem, że może od mojej ostatniej przejażdżki tamtędy (w zeszłym roku też omijałem ten fragment) coś zmieniło się na lepsze. Ano nie. Po przejechaniu tej ścieżki zdrowia, z naprzeciwka nadjechała lokalna rowerzystka. Nie przejęła się zakazem i z gracją pojechała dalej trasą 91. Następnym razem też tak zrobię, a Włocławek niech się wstydzi tego fragmentu. W samym mieście jest już lepiej :)

Województwo Łódzkie

A jak się jechało? Do połowy trasy nawet dobrze – robiłem sobie regularnie krótkie przerwy, starając się pamiętać, aby cały czas coś jeść (nie było godziny, żebym czegoś nie przekąsił) i aby nie były to tylko batony i czekolada (kanapki na stacjach benzynowych są coraz lepsze). O piciu nie wspominam, bo poszło tego duuuuużo, a i tak było za mało, bo im dłużej się jedzie, tym bardziej trzeba się zmuszać do przyjmowania płynów.

Natomiast w drodze powrotnej od pewnego momentu jechałem tylko na dobrych chęciach :) To też naturalna sprawa, że w pewnym momencie przechodzimy z trybu „ale lekko mi się jedzie” do „jeszcze pół godziny i stanę na chwilkę”. Pod koniec kilka razy musiałem sobie zrobić króciuteńkie, dosłownie dwuminutowe przerwy, tak aby choć na chwilę przestać pedałować. Sam organizm mi to podpowiadał i faktycznie okazywało się, że po chwili przerwy mogłem ruszyć dalej, robiąc dłuższą przerwę dopiero później. Jednym z moich założeń było także, aby nie robić przerw dłuższych niż 15-20 minut, tak aby się nie zasiedzieć i to mi się udało – wolę robić je częściej i na krócej.

Ostatnie kilometry szły już dość opornie, tym bardziej, że w perspektywie miałem jeszcze „dokręcenie” ok. 10 kilometrów w samej Łodzi (zawróciłem wcześniej niż po 200 km, ponieważ myślałem, że wiatr się zmienił i tak było, ale przez chwilę ;) Pomagała mi myśl, że powinno się udać przejechać te 400 km (oczywiście, gdybym się źle poczuł – stanąłbym natychmiast), a tuż przed Łodzią zjadłem żel energetyczny, który trzymałem na czarną godzinę, a ona nadeszła. Cóż – taki żel potrafi zdziałać cuda i ostatnie 15 km przejechałem jak na skrzydłach :)

 

Zapraszam do obejrzenia krótkiej relacji wideo z tego przejazdu. Będzie mi bardzo miło, jeżeli zasubskrybujesz mój kanał :)

 

Na przyszły rok planuję powtórzyć tę trasę (lub tak jak w zeszłym roku pojadę dalej w stronę Bałtyku, jeżeli wiatr będzie sprzyjał), ale tym razem musi być dobry wiatr. Szacuję, że w moim zasięgu jest przejechanie jeszcze 40-50 kilometrów więcej – być może się uda. Nie przepadam za rywalizacją, ale pościgać się samemu ze sobą – to już co innego :)