400 km rowerem w 24 godziny bez snu

Wychodzi na to, że powoli, ale systematycznie, nakręca się u mnie sprężyna rowerowego długodystansowca :) Na początku roku odświeżyłem sobie trasę z Łodzi do Częstochowy i z powrotem, by tydzień później wziąć udział w imprezie Piękny Wschód, gdzie pokonałem podobny dystans (260 km). Po głowie chodziła mi jeszcze myśl, aby znowu sprawdzić, ile uda mi się przejechać przez 24 godziny (oczywiście z postojami ale bez snu). W zeszłym roku przez 22 godziny przejechałem 330 kilometrów (na blogu znajdziecie opis wraz z garścią porad, jak przygotować się do pokonania dłuższego dystansu rowerem) ale dobrze wiedziałem, że to nie jest szczyt moich możliwości. Wtedy popełniłem kardynalny błąd i za późno zacząłem zakładać na siebie cieplejsze warstwy odzieży. W efekcie wychłodziłem się, przez co spędziłem sporo czasu na dwóch stacjach benzynowych, grzejąc się przy herbacie. Tak więc wiedziałem dobrze, że wynik jest do poprawienia, ale po kolei…

On One Bish Bash Bosh

W zeszłym roku pojechałem Giantem AnyRoad, w tym zabrałem On One Bish Bash Bosh na tych samych oponach Schwalbe One 28C. Doszła czterolitrowa torba pod ramę Ortlieb Frame-Pack (kosztuje niestety ok. 320 zł, ale jestem z niej jak dotąd bardzo zadowolony), z tyłu została 2,7-litrowa torba Ortlieb Saddle Bag. W Bishu rama nie opada tak mocno jak w AnyRoad’zie, więc znalazło się miejsce na drugi bidon.

Jazda rowerem nocą

Na kierownicy zamiast telefonu wylądował licznik Sigma Rox 7.0 GPS, który spłatał mi psikusa (no dobra, sam to zrobiłem). Na postoju podłączałem do niego powerbank, aby go trochę podładować i przez przypadek zapauzowałem rejestrowanie trasy. Zorientowałem się dopiero po godzinie jazdy, że coś jest nie tak, bo dystans do celu wcale się nie zmniejszał :)

Gdy startowałem, coś mnie podkusiło aby włączyć dodatkowe rejestrowanie trasy w telefonie. I dzięki temu mam w 100% pełny zapis na Stravie :) Minus zapisu na telefonie polega na tym, że cały czas miałem go przy sobie, tak więc Strava rejestrowała spacerowanie po stacji benzynowej czy poboczu jako czas jazdy. W każdym razie ostatecznie wyszło ok. 17,5 godziny jazdy (średnia 23 km/h) i 6,5 godziny postoju – a dystans zarejestrowanego przejazdu to 402,9 km.

Temperatura w nocy

Tak jak w zeszłym roku, czekałem na taką pogodę, by w dzień temperatura nie przekraczała 25-28 stopni, a w nocy nie spadła na zbyt długo poniżej 14-15. Oczywiście gdyby było trochę chłodniej i nie zapowiadałoby się, że będzie lepiej – też bym pojechał. Ale tak się złożyło, że początek września był naprawdę ładny, z tym, że niestety cały czas wiał wschodni wiatr (ja jechałem drogą krajową nr 91 na północ), który nijak nie pomagał w jeździe.

Poranna mgła

Ostatecznie tylko nad ranem zrobiło się ok. 12 stopni. I przez całą drogę nie padało, co też było dla mnie dużym plusem :)

Ruszyłem ok. 20:40, ale z perspektywy czasu widzę, że lepiej byłoby wystartować godzinę wcześniej, tak aby było jeszcze trochę jasno. Wtedy metę miałbym również gdy było jasno, a w moim przypadku właśnie przez tą ostatnią godzinę, gdy organizm zderzył się z drugą nocą – zacząłem tracić koncentrację. Nie stwarzało to jeszcze zagrożenia, ale mam kolejne doświadczenie na następny raz. Kilka osób pytało mnie o senność po drodze i chęć zdrzemnięcia się choćby przez chwilę. Po pierwsze – nie miałem takiej ochoty nawet przez chwilę. Wychodzi na to, że gdy pedałuję, organizm jest na tyle dotleniony, że nie domaga się snu zbyt szybko (choć dwóch nocy pod rząd nie chciałbym już jechać). Po drugie – spanie samemu gdzieś na trasie jest mało bezpieczne. I po trzecie – przynajmniej ja, po takiej krótkiej, kilkunastominutowej drzemce wstałbym rozbity i jeszcze bardziej niewyspany.

Toruń

Przed startem nie nastawiałem się na konkretną liczbę kilometrów. Miałem założenie, że nie chcę pedałować krócej niż 18 godzin (co się prawie udało) i to pozwalało przypuszczać, że 400 km będzie do osiągnięcia. Ale wiecie, to wszystko się fajnie planuje siedząc w domu :) Rzeczywistość często potrafi być inna i nie wszystko wychodzi tak jak powinno. Ale tutaj w 95% wyszło :)

Wschód słońca nad Wisłą

Czemu nie w 100%? Dałbym radę przejechać więcej, gdyby nie było wiatru (a jeszcze więcej gdyby wiał w plecy). I… zapomniałem zabrać ciepłych skarpetek do jazdy w nocy :) To akurat był drobiazg, stopy aż tak mi nie marzną, ale nie obraziłbym się, gdybym jednak miał coś grubszego. W tekście z zeszłego roku pisałem Wam, że za późno zacząłem się ubierać i przemarzłem. W tym nie popełniłem tego błędu i kolejne warstwy odzieży zakładałem prawie od razu od wyjazdu. Wpływ na to miał m.in. wiatr, ponieważ nawet gdy termometr wskazywał 17 stopni, odczuwalna temperatura była sporo niższa i dochodził do tego jeszcze pęd powietrza samej jazdy.

W tym roku zdecydowałem się na termo koszulkę z długim rękawem Brubeck Activ Wool, zamiast rowerowej bluzy. To był dobry wybór, taka koszulka zajmuje mniej miejsca, a dzięki przyleganiu do ciała lepiej odprowadza pot. Na nią miałem założoną koszulkę rowerową i kurtkę z windstopperem. Do tego, przez ten cholerny wiatr, doszła jeszcze chusta na szyję – bez niej wiatr wlatywał przez kołnierz i wiał mi po plecach (brrr).

W zeszłym roku kombinowałem z nogawkami, które założyłem na spodenki. Nie sprawdziło się to u mnie za bardzo, bo co z tego, że osłoniłem nogi, jak w kroku nadal byłem osłonięty jedynie materiałem spodenek (które mam dość przewiewne, co świetnie sprawdza się w upalnie dni). Dlatego w tym roku założyłem ocieplone, długie legginsy do biegania z Decathlonu. Da się je bez problemu założyć na spodenki rowerowe z wkładką i wygodnie jechać (kwestia wyboru odpowiedniego rozmiaru). Było mi ciepło, ale jednocześnie się nie przegrzałem za bardzo.

Wjazd do Torunia

Jechałem, tak jak w zeszłym roku, drogą krajową nr 91, czyli tak zwaną „starą jedynką”. Od Łodzi w stronę Gdańska nie ma tam zakazu jazdy rowerem, a pobocze na 90% trasy jest szerokie i dobrej lub bardzo dobrej jakości. Bardzo przydaje się to zwłaszcza podczas jazdy w nocy. Po drodze trafia się także na trochę infrastruktury typowo rowerowej, jak wyżej widoczna trasa na wjeździe do Torunia.

Droga rowerowa Włocławek

Niestety muszę Was ostrzec przed kawałkiem „drogi” rowerowej na wjeździe do Włocławka (patrząc od strony Łodzi). Pisałem o niej już trzy lata temu i zrobiło się tam jeszcze gorzej. Na powyższym zdjęciu wygląda to dość niewinnie, ale uwierzcie mi, to jest idealna trasa do sprawdzenia nowego roweru górskiego. Jazda tam na szosowych czy miejskich oponach to dramat. Cała droga jest nierówna, popękana i dziurawa. Na trasie stoi zakaz jazdy rowerem i drugi (malutki) znaczek, informujący, że równolegle idzie ten bubel. Jadąc nocą zignorowałem zakaz (gdybym miał dostać mandat, odwoływałbym się w sądzie, bo to za nakazywanie jazdy tym szajsem, ktoś powinien dostać mandat). Ale w drodze powrotnej pomyślałem, że może od mojej ostatniej przejażdżki tamtędy (w zeszłym roku też omijałem ten fragment) coś zmieniło się na lepsze. Ano nie. Po przejechaniu tej ścieżki zdrowia, z naprzeciwka nadjechała lokalna rowerzystka. Nie przejęła się zakazem i z gracją pojechała dalej trasą 91. Następnym razem też tak zrobię, a Włocławek niech się wstydzi tego fragmentu. W samym mieście jest już lepiej :)

Województwo Łódzkie

A jak się jechało? Do połowy trasy nawet dobrze – robiłem sobie regularnie krótkie przerwy, starając się pamiętać, aby cały czas coś jeść (nie było godziny, żebym czegoś nie przekąsił) i aby nie były to tylko batony i czekolada (kanapki na stacjach benzynowych są coraz lepsze). O piciu nie wspominam, bo poszło tego duuuuużo, a i tak było za mało, bo im dłużej się jedzie, tym bardziej trzeba się zmuszać do przyjmowania płynów.

Natomiast w drodze powrotnej od pewnego momentu jechałem tylko na dobrych chęciach :) To też naturalna sprawa, że w pewnym momencie przechodzimy z trybu „ale lekko mi się jedzie” do „jeszcze pół godziny i stanę na chwilkę”. Pod koniec kilka razy musiałem sobie zrobić króciuteńkie, dosłownie dwuminutowe przerwy, tak aby choć na chwilę przestać pedałować. Sam organizm mi to podpowiadał i faktycznie okazywało się, że po chwili przerwy mogłem ruszyć dalej, robiąc dłuższą przerwę dopiero później. Jednym z moich założeń było także, aby nie robić przerw dłuższych niż 15-20 minut, tak aby się nie zasiedzieć i to mi się udało – wolę robić je częściej i na krócej.

Ostatnie kilometry szły już dość opornie, tym bardziej, że w perspektywie miałem jeszcze „dokręcenie” ok. 10 kilometrów w samej Łodzi (zawróciłem wcześniej niż po 200 km, ponieważ myślałem, że wiatr się zmienił i tak było, ale przez chwilę ;) Pomagała mi myśl, że powinno się udać przejechać te 400 km (oczywiście, gdybym się źle poczuł – stanąłbym natychmiast), a tuż przed Łodzią zjadłem żel energetyczny, który trzymałem na czarną godzinę, a ona nadeszła. Cóż – taki żel potrafi zdziałać cuda i ostatnie 15 km przejechałem jak na skrzydłach :)

 

Zapraszam do obejrzenia krótkiej relacji wideo z tego przejazdu. Będzie mi bardzo miło, jeżeli zasubskrybujesz mój kanał :)

 

Na przyszły rok planuję powtórzyć tę trasę (lub tak jak w zeszłym roku pojadę dalej w stronę Bałtyku, jeżeli wiatr będzie sprzyjał), ale tym razem musi być dobry wiatr. Szacuję, że w moim zasięgu jest przejechanie jeszcze 40-50 kilometrów więcej – być może się uda. Nie przepadam za rywalizacją, ale pościgać się samemu ze sobą – to już co innego :)

21 komentarzy

  • Część zapaleńcy :)
    Dziś jest 19.08.2019 i jestem dosłownie dzień po swoim wyzwaniu 520 km. (+/-10 km niezarejestrowane)… nie w jeden dzień, a dwa. Marzyło mi się przejechać ze swojej rodzinnej miejscowości tj. Ostrowiec Świętokrzyski do Sopotu gdzie obecnie mieszkam. W ciągu kilku dni przed startem na rozgrzewkę startując z Ostrowca wyskoczyłem objechać Góry Świętokrzyskie ok 130 km ( trudny teren) oraz na dwa dni przed startem wyskoczyłem jeszcze do Kazimierza Dolnego ( płaski teren i piękna miejscowość 160 km. Wracając do trasy Ostrowiec Świętokrzyski-Sopot (molo :)) Wystartowałem 5.00 rano.

    Wstępne założenie było 260+260 km. Ale już po starcie na ok. 150 km założenia się delikatnie zmieniły, głównie ze względu na osobiste ambicje, tj. przejechać 300-350 km., ale nie za wszelką cenę. W skrócie wyglądało to tak, pierwsze 200 km jechało się super, ale już teraz wiem że tempo było duże mimo że miałem się pilnować to jednak jazda na szosie czasami ponosi i niektóre odcinki powinienem wolniej pokonywać na tym dystansie 200 km. Przerwa dłuższa tj. ok. 40-60 min i obiadek. Nie odczuwałem zbyt wielkiego zmęczenia fizycznego ani mentalnego ani żadnego innego. Ruszyłem zaraz po zjedzeniu obiadu ( oczywiście podczas tych 200 km jedzenie i picie było na pierwszym miejscu bardzo regularne i wartościowe). Jest 240 km i tu niespodzianka, zacząłem odczuwać spadek mocy, z kilometra na kilometr. Samopoczucie fatalne, balem się rozpędzić powyżej 15 km/h. Wlokłem się tak przez godzinę drogami przez jakieś wioski i wioseczki obserwując organizm, ale nadal mocno dbając o dietę, mając nadzieję że dojadę do najbliższego hotelu, a brakowało min 30 km co było ogromnym wyzwaniem w takim stanie.(docelowy hotel tego dnia miałem upatrzony na 280 km lub 320 jeżeli forma pozwoli). Po godzinie powiedzmy regeneracji jadąc tempem 15-17 km/h dojeżdżam do dobrej krajowej drogi z szerokim poboczem i super nawierzchnią i co ciekawe, nagle samopoczucie poprawia się do poziomu zadowalającego, aż chce się przycisnąć. Do pierwszego zaplanowanego hotelu na 280 km zostało raptem 10 km …i to był czas na zdecydowanie czy zatrzymać się tu czy jednak podciągnąć do kolejnego punktu na 320 km. Biorąc pod uwagę to chwilowe dobre samopoczucie, podniosłem poprzeczkę i pocisnąłem do hotelu na 320 km. Poszło całkiem nieźle na 22.00 byłem na miejscu. Łącznie wraz z przerwami podróż tego dnia trwała 17h. Pewnie można i więcej lub szybciej, ale cały czas musiałem brać pod uwagę, że kolejnego dnia 8.00 startuję dalej do Sopotu kolejne 200 km. Odległość mniejsza, ale teren trudniejszy i jednak to kolejny dzień w siodle. Miałem myśli i obawy, że jutro zmęczenie nie pozwoli dokończyć wyprawy lub mocno wydłużyć czas etapu 200 km.

    Pobudka o 7.00, a o 8.00 już w siodle. Początkowo ostrożnie podszedłem do dystansu z obawy na to żeby nie pojawił się taki kryzys dużo wcześniej, ale coraz bardziej się rozkręcałem i w dobrej formie doleciałem do Sopotu na 18.30.

    Dziś jako pierwszy dzień po zakończeniu wyprawy dalej dbam o dobrą dietę i nawodnienie. Odczuwam ogólne zmęczenie fizyczne.
    *** Najbardziej dotkliwie odczuwam mięsień karku od niskiej pozycji przez wiele km.
    *** Najbardziej podziwiam organizm ludzki za taką wytrzymałość nawet u takiego amatora jak Ja

    Ps. Ze względu na bezpieczeństwo samotnego podróżowania nocą, samotnie, przed leśne drogi itp. planując takie wyprawy na pewno lepiej zacząć ją o takiej porze aby finiszować te ostatnie 100 km za dnia i na trasach gdzie spotyka się ludzi lub jest jakiś ruch. Nie znamy granic organizmu, a jego granicą może się przesuwać o kilkadziesiąt km +/- za każdym razem ze względu na różne czynniki (dieta przed, odpoczynek,sen przed wyprawą). Osobiście nie podejmuje już takich wyzwań, ani sprawdzania samego siebie. Stawiam na podróże rowerem nawet po kilka tys. km ale 150-170 km/dzień tak aby coś po drodze zwiedzić, zjeść spokojnie i odpocząć i nie minąć tego co najpiękniejsze w takiej wyprawie skupiając się na obserwacji organizmu, a nie otoczenia :)

  • Świetna wyprawa! Ja w tym roku również planuję zrobić 400 km tyle tylko że w jedną stronę – znad morza do Łodzi. Miałem w planie jechać rowerem szosowym ale chyba pojadę gravelem… Jest o niebo wygodniejszy i nie ma szytek… Pozdrawiam! ElPiter

    • Rowery szosowe w większości też nie mają szytek :) I też mogą być wygodne tak jak grawele. Zaletą rowerów grawelowych jest coś innego – większa uniwersalność, dzięki możliwości włożenia szerszych opon i dopasowaniu roweru do aktualnych potrzeb.

  • Gratulacje. Jazda bez snu to nie moja bajka, dlatego pewnie nie piszę się na takie dystanse. Kolega z pracy zrobił Bałtyk-Bieszczady, ale jest równo 20 lat ode mnie młodszy. Ja kilka lat temu, we wrześniu machnąłem 250, wyjechałem troszkę przed świtem, tak, że jak wyszedłem z zasięgu latarń to było już jasno. Na ten rok, jak żadna kontuzja się nie trafi, to planuję 300, całkowicie za dnia, gdzieś tak lipiec/sierpień, w wyjazdem około 5 rano i powrotem przed zmrokiem (choć może po zachodzie słońca). Wiem, że w moim zasięgu byłoby 350, ale 400, bez zarywania nocy, niestety nie – po prostu trzeba by było szybciej jechać i mniej odpoczywać. Może 40 lat temu, ale wtedy jeździłem zdecydowanie bardziej turystycznie, no i sprzęt był z innej epoki.

    • Oj tam, oj tam. W 2016 w Bałtyk Bieszczady najstarszy uczestnik miał 71 lat :) Wiadomo, wszystko jest kwestią zdrowia i predyspozycji.

      Co do jazdy w nocy, to wszystko zależy co Ciebie ogranicza. Jeżeli kwestie zdrowotne (np. wzrok), no to tutaj już niewiele pomogę. Ale jeżeli sprzętowe, to może wystarczy założyć porządną lampkę na przód? Ja od ponad roku jeżdżę z Infini Tron 800, która na maksymalnym trybie świeci tak dobrze, że na asfalcie jedzie się bardzo przyjemnie (poza asfaltem też, choć na całonocną jazdę po bezdrożach wziąłbym jeszcze coś mocniejszego). Podłączam sobie tylko pojemny powerbank i można jechać całą noc.

      Do tego odblaskowe szelki, solidna lampka na tył, kurtka wiatrówka (potrafi przewiać, nawet gdy jest przez całą noc 15 stopni) i odpowiedni dobór trasy, żeby były jakieś stacje benzynowe po drodze. No i towarzystwo, jeżeli potrzebujesz. Ja zakładam słuchawki (takie bez gumek, które nie odcinają od otoczenia), muzyka po cichu sobie plumka i dodaje siły :)

      Trzymam kciuki za 350 km!

  • Chętnie dołączyłbym za rok do Ciebie na 4 stówki a może i więcej. Już jeden taki event mam już za sobą-mi było bardzo ciężko dotrwać do końca ale się udało (start o 12.00 i koniec o 12.00) a po Tobie na filmie nie widać żeby taki dystans zrobił jakieś wrażenie;)
    Pozdrawiam Krystian.

    • Hej, jazda w grupie jest zdecydowanie lepsza pod kątem oszczędności energii czy lepszej motywacji. Ale.. to nie jest tak, że weźmiesz sobie dowolną osobę i po prostu pojedziecie razem na 400 czy więcej kilometrów. Trzeba ze sobą więcej pojeździć, zgrać się, wyczuć własne możliwości.

      A przynajmniej mi się jeździ źle z osobami, z którymi nie jestem na podobnym poziomie. Nie liczę oczywiście jazdy z Moniką czy znajomymi, gdzie jedziemy sobie uśrednionym tempem, ale wtedy mogę się dostosować do innych. Gdybym miał lecieć 400 km, jadąc wolniej lub szybciej niż by nogi mi podpowiadały – no nie jestem przekonany…

      Ale dzięki za propozycję :)

  • Gratuluje wyniku. Az sam nabralem checi, by samemu podjac probe przejechania ponad 400km w przyszlym roku, tyle ze musze rozwiazac kilka kwestii. Z racji tego, ze tesciowie mieszkaja blisko Czech i tego,ze od lat nie mieszkam w PL, odzwyczailem sie od „fantazji” polskich kierowcow nie jezdze rowerem po Polsce, jezdze glownie po Czechach. W tym roku w sierpniu jechalem z Czech do Wiednia, potem na Wegry, do Bratyslawy i powrot do Czech na pociag powrotny. Nie powiem bylo goraco za dnia, ale wyjechalem na trase o 20tej i jechalem przez noc. Noca jedzie mi sie fantastycznie i nie mam problemu z koncentracja/snem, ale za dnia latem pojawia sie problem. Testowalem juz drugie spodenki(DHB Aeron, wczesniej Decathlon 900) na tak dlugiej trasie i w tych DHB rowniez pocilem sie niemilosiernie. Wkladka byla na tyle mokra, ze zaczalem czuc dyskomfort na koncu tylka przy laczeniu z udem mowiac wprost). Jakich spodenek na szelkach wy uzywacie na dlugie trasy? Rower mam ustawiony idealnie, tylko tu poraz kolejny poleglem i ostatnie 100km to byla meczarnia. Nadmienie, ze uzywam kremu Assos Chamois Creme i smaruje wkladke wedlug zalecen producenta . Na laczeniu czterech liter i uda boje sie go uzyc, by przypadkiem moja jazda nie zakonczyla sie zdecydowanie wczesniej, co juz kiedys mi sie zdarzylo i krem przesunal sie i jazda zakonczyla sie w polowie drogi. Nie probowalem zabierac drugiej pary spodenek tak naprawde,a to dlatego, ze za bardzo nie ma sie gdzie odswiezyc po drodze, nie mam w Polsce trzeciej pary spodenek(druga to ta z Decathlona) wiec licze, ze moze odpowiednie spodenki na szelkach rozwiaza ten problem. Jak w sierpniu jechalem to widzialem kapiacych sie w stawach blisko Dunaju w Bratyslawie, ale raz, ze nie mialbym sie gdzie przebrac wsrod tego tlumu, to dwa nie znam terenu, dna, wiec nie ryzykowalem. Jak nie ma sie gdzie odswiezyc, to i wtedy zmiana ubran wydaje sie tez bezsensowna, jak to pomoze jedynie na chwile. W Czechach,a tym bardziej w Austrii jest mniej otwartych stacji benzynowych noca, wiec prowiantu i wody musze zdecydowanie wiecej zabrac, wiec miejsca za wiele to nie mam, by jeszcze dodatkowa pare spodenek wozic.
    Reszta odziezy dzialala bez zarzutu, wiec bylbym wdzieczny za porady, jakich wy spodenek uzywacie i jak radzicie sobie wlasnie z ogolna higiena przy tak dlugiej jezdzie?

    • Hej,
      ja od dłuższego czasu jeżdżę w spodenkach z szelkami Pearl Izumi z wkładką z serii Elite, a materiał tych spodenek producent określa jako In-R-Cool. Ostatnio dokupiłem na wyprzedaży drugą parę, bo bardzo je lubię. Gdzieniegdzie da się je jeszcze kupić, jest też nowszy model, który nazywa się Pearl Izumi ELITE LTD Solid.

      Na długich trasach smaruję się (nie spodenki) do czasu do czasu Sudocremem, przynosi sporą ulgę, zwłaszcza w najwrażliwszych miejscach. Jeżeli chodzi o ból (czy dyskomfort) „kości”, tego się od pewnego momentu nie da uniknąć. Wiele osób mówi, że skórzane siodełka Brooksa są remedium, ale nie trafiłem jeszcze na relacje osób, które leciały po 300-400 km jednorazowo. Warto też podczas jazdy co jakiś czas wstać z siodełka i trochę się przewietrzyć :)

      Jeżeli chodzi o odświeżenie się, to w zasadzie pozostają stacje benzynowe. Na niektórych można nawet wziąć prysznic, ale to rzadko i raczej tylko przy dużych trasach. Pozostaje zamknięcie się w toalecie i partyzantka :)

  • Gratuluję wyniku. Jestem pod wrażeniem i jednocześnie dziękuję za inspirację, bo też chciałbym podjąć próbę takiej jazdy :)
    Mała podpowiedź co do przyszłorocznej trasy – widziałem jedno z Twoich insta story z ostatniej jazdy przez Niemcy, zachwalałeś tam asfaltową trasę rowerową. Jestem z Towunia i jeśli w przyszłym roku znów ruszysz na 24h w kierunku tego miasta, to polecam jazdę na północ trasą rowerową Toruń-Unisław. Jest położona wzdłuż drogi wojewódzkiej 553 w kierunku Chełmna, jest asfaltowa i biegnie po śladzie dawnej linii kolejowej. Myślę, że może równać się z tą niemiecką a Tobie w trakcie takiej „podróży” będzie pewnie wygodniej niż jadąc wzdłuż „krajówki” :)

    • Dzięki za podpowiedź. Krajówką jedzie się nie tak źle, bo jest pobocze, za to sporo czasu i sił traci się na przejeździe przez duże miasta. Droga wzdłuż trasy 553 wygląda obiecująco, tylko żeby się na nią dostać, trzeba i tak przebić się przez Toruń. Ale na przyszły rok pomyślę, bo odciąć się na trochę od dużego ruchu w dzień – to dobry pomysł na odpoczynek :)

  • mam identyczne spodnie do biegania na rower. Bardzo fajnie się sprawdzają. I są dość dobre. Minimalnie mogły być grubsze, ale to minimum. Nie jest w nich gorąco, wygodne są i się sprawdzają nawet jesienią by pojechać w samych.

  • Gratulacje Łukaszu za nowy rekord. W kwestii tej „bajecznej” drogi rowerowej pod Włocławkiem, to wystarczyłoby umieścić pod znakiem „zakaz jazdy rowerami” tabliczkę z napisem „nie dotyczy rowerów szosowych” :) A tak na poważnie to trochę dziwne że w samym Włocławku są przecież dobrej jakości DDR-y, a zaraz obok takie kwiatki i nikt z tym nic nie robi.
    Co do samej trasy którą obrałeś, to przy długich dystansach wybór właściwie w całości prostego odcinka jest sprytnym rozwiązaniem. Nawigacja w zasadzie odpada więc automatycznie skupiamy się na jeździe i można zrobić niezły dystans. Z drugiej strony jazda starą krajową jedynką w te i z powrotem dla niektórych może być po prostu nudna ale tutaj mówimy już o indywidualnych preferencjach dotyczących trasy. Pozdrawiam

    • Nawigacja w trasie zupełnie mi nie przeszkadza, jeżeli jadę asfaltem. Jeżeli masz już zaplanowaną drogę i wgraną do licznika/telefonu na kierownicy, to skręty nie robią problemu. Ale faktycznie, na mojej trasie nie musiałem się nad tym praktycznie wcale zastanawiać :)

      Jeżeli chodzi o „atrakcyjność” trasy, to już kto co lubi. Ja ruszyłem aby poprawić mój wynik, a nie dla walorów krajoznawczych (po drodze jest sporo ciekawych miejsc do zobaczenia, ale z wiadomych względów, nie miałem na to czasu). Ale oczywiście jeżeli ktoś może wyznaczyć trochę mniej monotonną drogę – to plus dla niego.

    • Dzień Dobry Panie Łukaszu
      Czy to prawda, że męskie spodenki rowerowe są najlepsze, również jeśli chodzi o panie? Rozumiem, że Pan osobiście może nie posiadać takiej wiedzy, ale z pewnością zna Pan wiele tego typu testów. Noszę się z zamiarem zakupu nowych spodenek, a mam niedobre doświadczenia z wcześniejszymi. Proszę o szybką odpowiedź, bo sezon już się rozpoczął, a ja również gustuję w długich dystansach. Pozdrawiam Joanna

  • Cześć Łukasz.
    Gratulacje za taki dystans. Uśmiechałem się pod nosem jak czytałem ten opis, bo Ty zawsze : ja nie trenuję, jeżdżę relaksacyjnie itd. – a tu proszę 400 km – to nie w kij dmuchał. Ultra wciąga :) . Może wpadniesz do Gustava na TdS w przyszłym roku? Pozdro

    • No bo mojego jeżdżenia nie da się nazwać trenowaniem. Ja sobie po prostu jeżdżę swoim tempem, nie mam żadnych planów treningowych, nie mierzę mocy, tętna, kadencji (tę ostatnią akurat mniej więcej znam i nogi same trzymają 80-90).

      Czy ultra wciąga? Mi do nazwania się ultrakolarzem też bardzo daleko. Lubię sobie od czasu do czasu zrobić taki dalszy przejazd, ale na co dzień zwykle jeżdżę po 20-40-60 kilometrów, zwykle nie mam aż tyle zaparcia, żeby np. co weekend śmigać całymi dniami (też się zdarza, ale nie aż tak często). Jak patrzę na trasy i wyniki niektórych, to mi jeszcze wiele brakuje i brakować będzie :) W każdym razie ja staram się pokazać, że naprawdę każdy (zdrowy) człowiek, jest w stanie śmignąć te 200-300-400 kilometrów na rowerze, wystarczy po prostu trochę pojeździć.

      • Hej. W którejś Szosie był artykuł o tym, że patrząc naukowo to trening amatorski to tylko bezsensowne męczenie organizmu i patrząc od tej strony to nikt z nas nie trenuje. A znowu rozumiejąc trening jako uprawianie jakiegoś sportu to już podpadasz pod tą definicję ;). Skutkiem ubocznym „po prostu jeżdżenia sobie swoim tempem” jest poprawa kondycji, osiągów czyli stopnia wytrenowania.
        Mi też chodziło o ultra rozumiane przez ogół społeczeństwa : ” ło ty zrobiłeś 200km dzisiaj???”. A dokładnie to samo powtarzam swoim znajomym – każdy średnio zdrowy człowiek może zrobić 100km , jak trochę pojeździ to 200km też nie jest wyczynem. Ale 400km i to jeszcze przy ograniczeniu czasowym to już jest wyznacznikiem formy.
        3maj się

  • W sprawie oznakowania DK91 prze Włocławkiem pisałem do DDKiA oraz do policji. Zgłosiłem to jako miejsce niebezpieczne dla rowerzystów. Zwróciłem też uwagę na to iż ścieżka nie jest sprzątana o czym świadczyły liście z drzew sprzed pół roku.
    Nie otrzymałem na moje zgłoszenie żadnej odpowiedzi…

Pozostaw odpowiedź dreq02 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.