Czy warto jechać na obóz zimowy Wintercamp?

W tym roku bardzo doskwierał mi brak śniegu w centrum Polski. Już kilka lat temu chciałam pojechać na obóz zimowy organizowany na Wierchomli. Niestety, spóźniłam się wtedy ze zgłoszeniem i nie było już miejsc. Co się odwlecze, to nie uciecze i w połowie lutego pojechałam na Wintercamp na Turbaczu ;]

Co to jest Wintercamp?

Mój Łukasz mówi, że pojechałam na zimowiska. Może po części ma trochę racji ;] W skrócie można powiedzieć, że jest to impreza, podczas której można bezpiecznie przenocować w namiocie w warunkach zimowych, wziąć udział w szkoleniach i spotkaniach z podróżnikami i sportowcami, pobawić się w konkursach i zabawach integracyjnych. Oczywiście jest to impreza komercyjna, ale to raczej nie jest zaskoczeniem.

Wszystko dzieję się w schronisku pod Turbaczem i w jego okolicach; stąd wspomniałam o bezpiecznym biwaku. W razie potrzeby w 2 minuty można przetransportować się z namiotu do budynku.

Rozbijanie obozowiska

Jakie są koszty?

Udział w biwaku kosztował od 550 do 650 złotych, w zależności od momentu zapisywania. Nie jest to mało jak za trzy noce w górach, w dodatku bez wyżywienia. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę udział w szkoleniach, spotkaniach i to, że nikt nie robi tego charytatywnie, cenę tą można usprawiedliwić. Program wyjazdu jest dość szczegółowo opisany, więc każdy może ocenić czy cena jest dla niego akceptowalna, czy nie.

Jak się dostać na Wintercamp?

Trzeba wypełnić formularz zgłoszeniowy i zapłacić ;] Potem tylko dostać się w Gorce i doczłapać do schroniska. Tak wyglądało to w moim przypadku. Pogoda i warunki dla turystyki były bardzo dobre, a i tak przejście zielonego szlaku z Kowańca zajęło mi 3,5 godziny. 16-kilowy plecak zrobił swoje.

 

Oficjalne otwarcie obozu było w piątek, ale integracja zaczęła się już w czwartek. Przewidziany był też jeden nocleg w schronisku. To jedyny dzień nieobjęty prohibicją, więc integracja szła dobrze ;]. Tak, przez cały weekend obowiązywał zakaz picia alkoholu. Może to i dobrze; przynajmniej był spokój. Argumentem za jest też bezpieczeństwo podczas mroźnych nocy w namiocie.

 

Szkolenia

Każdy z uczestników mógł wziąć udział w trzech szkoleniach. Każdy blok trwał około 3 godzin. Do wyboru były: skiturowe, sprzętowe, biwakowe, lawinowe i medyczne. Ja wybrałam pierwsze trzy. Najbardziej mnie ucieszył fakt, że na miejscu okazało się, że są wolne miejsca na skitury (nie było już ich gdy się zapisywałam).

Szkolenie skiturowe. Bardzo mi zależało, żeby w nim uczestniczyć i się nie zawiodłam. Fajny instruktor cierpliwie tłumaczył podstawy obsługi sprzętu i poruszania się na nim. Moja grupa składała się z wybitnie niedoświadczonych narciarzy, a i tak udało nam się wejść na Turbacz. W tym czasie zaczęła opadać mgła i pokazały się Tatry – piękna wycieczka. Na nartach byliśmy 3,5 godziny i mogę powiedzieć, że dużo się nauczyłam.

 

W drodze na Turbacz

 

Wycieczka na skiturach

 

Widok na Tatry

 

Szkolenie sprzętowe. Ciekawe spojrzenie na marketingowe chwyty producentów sprzętu. Wyjaśniliśmy sobie, na jakie parametry patrzeć przy wyborze ubrań technicznych i jak je interpretować. Niby rzeczy proste, ale ujęte w ciekawej formie. Mieliśmy tez okazję pochodzić w rakietach śnieżnych i poznać zasadę ich działania.

 

 

Szkolenie biwakowe. Nie dotyczyło ono wbrew pozorom nauki rozbijania namiotów. To już każdy z nas zdążył zrobić wcześniej. Tutaj można było się dowiedzieć, jak przetrwać w awaryjnych sytuacjach, ale też jak sobie ułatwić pewnie działania w zimowych warunkach. Najciekawszym punktem było kopanie jamy śnieżnej. Przyznam, że moja grupa się nie nakopała. Nasz szkoleniowiec (Wojciech Grzesiok) opowiadał tak ciekawie, że szybko odpłynęliśmy trochę w poboczne tematy wyprawowe i zimowe.

Jama śnieżna

 

Szkolenie lawinowe. Poniżej widzicie przygotowane przez GOPR-owców lawinisko. Ratownicy uczyli obsługi lawinowego ABC i radzili, jak się zachować po zejściu lawiny. Można też było zobaczyć w akcji psa wyszkolonego do poszukiwania zasypanych ludzi.

 

Spotkania z podróżnikami

Jeżeli ktoś był wcześniej na dowolnym festiwalu o tematyce górskiej, wie, jak takie spotkania wyglądają. Na tej edycji Wintercampu prelekcje mieli: Piotr Pustelnik, Piotr Hercog, Janusz Gołąb, Andrzej Życzkowski, Wojciech Grzesiok. Ciekawą częścią były wystąpienia samych uczestników obozu. Najbardziej wszystkim spodobała się opowieść Ani o wyprawie na Kamczatkę.

Między czasie odbywały się inne spotkania z przedstawicielami firm oraz dodatkowe prelekcje (na przykład o skiturach). Szkoleniowcy byli do dyspozycji praktycznie przez cały czas trwania obozu, więc nie było problemu, żeby indywidualnie męczyć ich pytaniami.

 

Zabawy i zawody

Pomiędzy stałymi punktami programu, organizatorzy zachęcali do brania udziału w rozmaitych zabawach i zawodach. Między innymi lepiliśmy wilki ze śniegu, zjeżdżaliśmy z górki, była gra terenowa. Sporo emocji było na wieczornych zawodach tableboulderingu, gdzie zadaniem było przejście pod stołem, używając jego krawędzi bez dotknięcia podłoża.

Dużą atrakcją okazała się ścianka lodowa. Co prawda niezbyt wysoka, ale dla ludzi, którzy nie mieli wcześniej kontaktu ze wspinaniem lodowym, była to spora frajda. Ja wielkim wspinaczem lodowym nie jestem, ale jakieś doświadczenie posiadam. Ściankę robiłam w trzech ruchach ;]

Drugą opcją było wspinanie po drzewie –  elementy drytoola. Przy wieczornym ognisku zostały rozegrane na nim zawody. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić udziału. Po błędzie przy topie zajęłam drugie miejsce w kategorii kobiet. Zabawa i doping jak na zawodach przynajmniej rangi krajowej ;]

Czy było warto?

Wintercamp to impreza przeznaczona głównie dla osób niemających dużego doświadczenia w turystyce zimowej. Szkolenia są tak konstruowane, aby przekazać podstawową wiedzę w danej dziedzinie. Mimo że wiele rzeczy nie było dla mnie nowych (np zakładanie raków, drytool), to miło spędziłam czas w towarzystwie ludzi o podobnych zainteresowaniach.

Jeżeli lubicie zimę i wszelkie aktywności z nią związane, to uważam, że warto wybrać się na taką imprezę. Myślę jednak, że jest to sprawa jednorazowa. Szkolenia co roku się powtarzają i ciężko o jakieś grube nowości.

Była też wersja Wintercamp Family, gdzie było więcej atrakcji dla młodszych uczestników. Zapewniony był też nocleg w schronisku. Wiadomo, zimowy biwak z małym dzieckiem, to już większa logistyka.

Co prawda organizatorzy straszyli, że to była ostatnia edycja Wintercampu, ale jakoś im nie wierzę ;]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.