Rowery elektryczne – czy są potrzebne?

Dziś rano wrzuciłem na Facebooka nagranie, na którym pokazano ciekawy sposób na błyskawiczne przerobienie zwykłego roweru na elektryczny. Wymieniamy przednie koło na koło orbitalne (nie jestem pewny czy tak się tłumaczy na polski „orbital wheel”), montujemy sterownik na kierownicy i gotowe. Więcej o samym projekcie przeczytacie tutaj.

W każdym razie pod moim postem – jak w większości przypadków – gdy pojawia się temat rowerów elektrycznych, pojawił się wątek – czy rowery elektryczne są w ogóle potrzebne? Przecież rower to pot pod pachami, zmęczenie i poprawianie kondycji. A jazda na rowerze elektrycznym to wstyd.

Sam tak kiedyś myślałem, zostawiając margines dla osób starszych lub chorych, którym rower elektryczny pomógłby w dojeżdżaniu tam gdzie potrzebują. Nie zastanawiałem się nad innymi, równie praktycznymi zastosowaniami elektryków.

A rower elektryczny wyśmienicie nadaje się do dojeżdżania do pracy/szkoły/na zakupy/na randkę. Przyjeżdżamy na miejsce bez grama potu na skórze, możemy jechać w ciuchach, których nie będziemy już zmieniać po dojechaniu, odpadnie branie prysznica czy „kąpiel” w umywalce.

Przy okazji zapraszam do obejrzenia odcinka Rowerowych Porad, w których rozwiewam mity, dotyczące elektryków. Będzie mi bardzo miło, jeżeli zasubskrybujesz mój kanał.

Tu pojawiają się głosy sprzeciwu. Pierwszy mówi, że można jechać na zwykłym rowerze tak, aby się nie spocić. Ja odpowiadam – ano można, ale dużo zależy od indywidualnych predyspozycji. No i najczęściej wiąże się to z jazdą 15 kilometrów na godzinę. Poza tym, jest wiele miejsc, gdzie po prostu nie da się nie spocić. Wystarczy mieszkać w lekko górzystym miejscu i już podjeżdżając pod pierwsze wzniesienie (na drodze do pracy) mieć całą koszulę czy bluzkę mokrą. Gdy byłem w tym roku na Gran Canarii, dobrze pamiętam gdy wylewałem siódme poty, aby podjechać pod jakieś wzniesienie (i bardzo dobrze, nie narzekam). I w pewnym momencie wyprzedziła mnie z prędkością 25 km/h pewna Pani, ubrana w typowo biurowy strój. Jechała lekko i z gracją, a ludzie idący chodnikiem aż obracali za nią głowy. Rowery elektryczne rewelacyjnie sprawdzają się w takich miejscach.

Drugi głos sprzeciwu mówi – rower to rower! Jeżeli już ktoś chce silnik, niech kupi sobie skuter albo motorower. Ja odpowiadam – skutery i motorowery to bardzo fajne pojazdy i absolutnie ich nie skreślam. Natomiast nie można nimi jeździć po drogach rowerowych (i bardzo dobrze, że nie można), zajmują więcej miejsca, nie wniesie się ich do mieszkania, trzeba je rejestrować i płacić OC, może pojawić się spory problem, jeżeli motorower złapie awarię/kapcia. Rower nawet samemu jakoś uda się przetransportować do domu/serwisu, z większym i cięższym motorkiem będzie trudniej. Także skuter nie jest idealnym zamiennikiem roweru elektrycznego, trzeba dobrać sprzęt do własnych warunków i potrzeb.

Trzeci głos sprzeciwu mówi – rowery elektryczne są drogie! Tu mogę się zgodzić i nie zgodzić jednocześnie. Rowery elektryczne nie są drogie, tylko – spójrzmy prawdzie w oczy – to my za mało zarabiamy. Bardzo podstawowy, nie robiący szału rower elektryczny, ale już z normalnym, litowo-jonowym akumulatorem, sensowną gwarancją i ważący 23-24 kilogramy, a nie 40, kosztuje ok. 3000 złotych. To na nasze warunki sporo, a przypominam, że rower swoją klasą będzie stał na poziomie zwykłego roweru za góra 1000 złotych. Tylko trzeba pamiętać o tym, że dla Niemca różnica między tymi rowerami będzie wynosić ok. 430 euro, czyli w luźnym przeliczeniu tyle co dla nas 430 złotych.

Tak więc zgodzę się – rowery elektryczne nie są w przystępnych cenach, jak na naszą kieszeń. Ale myślę, że z czasem będzie się to zmieniać. Same technologie stanieją, plus Polacy będą z roku na rok się bogacić i nasza siła nabywcza będzie rosnąć.

Rowery elektryczne MTB

Ciekawi mnie jeszcze koncepcja wkładania silników elektrycznych do rowerów górskich. Podejrzewam, że u nas jest to już zupełna nisza (znów ze względu na cenę), ale taki rower daje możliwość szybszego i wygodniejszego wjechania na górę, tak aby cieszyć się ze zjeżdżania. I pozwala szybciej ponownie dostać się na szczyt.

Rower szosowy z silnikiem elektrycznym

Trochę dziwi mnie za to, że można też kupić rower szosowy z silnikiem elektrycznym. I nie myślę tu o tych, które są ukryte w ramie i pomagają w wygraniu wyścigu, bo to akurat rozumiem. W sporcie zawsze pojawiały się osoby, które chciały wygrać w nieuczciwy sposób. Natomiast do codziennej jazdy taka elektryczna szosówka… Też można by powiedzieć, że dzięki silnikowi łatwiej będzie pojechać np. w Alpy, by podjeżdżać pod najwyższe wzniesienia. Ale równie dobrze można to zrobić na rowerze trekkingowym wyposażonym w silnik, a przynajmniej nie będzie to wyglądało osobliwie. Jestem ciekawy, co wy myślicie o szosowych rowerach elektrycznych, bo z nimi mam pewien zgrzyt :)

Podsumowując – rower elektryczny niekoniecznie musi oznaczać, że ktoś nie lubi wysiłku fizycznego. Może po prostu chce dojeżdżać do pracy w suchych ciuchach. Albo jest para, w której jedna połówka uwielbia jeździć na rowerze, a druga niekoniecznie, ale chcą od czasu do czasu wybrać się gdzieś razem. I jedna z nich jedzie zwykłym rowerem, druga bez stresu i niepotrzebnego wypluwania płuc, nadąża za nią na elektrycznym. Albo jest… No właśnie, nikt nikomu na siłę nie wciska rowerów elektrycznych. Sam nie planuję na takim rowerze jeździć, ale daleki jestem od skreślania ich, bo jest cała masa osób, którym się taki rower po prostu przyda. Zresztą rosnące wyniki sprzedaży elektryków mówią same za siebie.

A tutaj przeczytacie więcej o rowerach elektrycznych, ich budowie i przepisach, które ich dotyczą.