Długi wyjazd rowerowy – porady od czytelniczki

Jakiś czas temu na forum Rowerowych Porad padło pytanie o to, jak się przygotować do przejechania dłuższego dystansu rowerem w jeden dzień. Swego czasu napisałem o tym na blogu, co spotkało się z dużym zainteresowaniem i liczbą komentarzy. Także na forum dyskusja się rozkręciła. Wzięła w niej udział m.in. Basia, autorka rowerowego bloga UniRider. Jej komentarz tak mi się spodobał, że za zgodą autorki, postanowiłem go Wam pokazać. Basia w ciekawy sposób opisała swoje przemyślenia, po wyjeździe nad morze z dwoma bardziej zaawansowanymi rowerzystami, a także jak udało jej się samej przejechać ponad 200 kilometrów jednego dnia. Zapraszam do lektury i na kilka słów mojego komentarza na końcu wpisu.

Basia: Moim zdaniem jeśli przejechałeś 100 km, to i 180 km też powinieneś dać radę, ale sporo zależy od psychiki. Ja może opowiem jak to było w moim przypadku. Bakcyla na rower złapałam niedawno, bo w 2014 roku, zaczęłam jeździć od czerwca i to tak tylko w niektóre weekendy, krótkie trasy po 50-60 km, raz 100 km. Dwa miesiące później – w sierpniu – miałam zacząć urlop, jednak brakowało mi pomysłów na jego spędzenie. Na jednym z portali turystycznych zamieściłam ogłoszenie, o mojej chęci dołączenia do jakiejkolwiek wyprawy rowerowej. Odezwało się dwóch facetów, z którymi spontanicznie pojechałam rowerem na Hel (oni ruszyli ze Szczecina, ja dopiero dołączyłam w Kołobrzegu). Była to moja pierwsza kilkudniowa wyprawa rowerowa. Najdłuższy odcinek jaki przyszło mi pokonać w jeden dzień to 118 km. Po drodze spotkałam się z opiniami w stylu „nie dasz rady tym rowerem, z pełnym ekwipunkiem, chłopacy cię zajadą, to profesjonaliści, mają dobry sprzęt, ty chyba jedziesz z nimi za karę ;) „… etc. Słysząc takie słowa moja motywacja zamiast spadać, wręcz rosła. Bardzo zawzięłam się w sobie i dałam radę! Co więcej, po tej wyprawie nabrałam chęci na przejechanie 200 km jednego dnia.

Długa trasa rowerem jednego dnia

W niedługim czasie po wyprawie, pewnego pięknego dnia wstałam wcześnie rano, gdzieś ok. 6-7 godz., spakowałam w sakwy kilka niezbędnych rzeczy i ruszyłam po rekord. Wieczorem dotarłam do domu, a licznik wskazał wymarzone cyferki: 201,49 km :)
Miałam trochę obaw przed wyjazdem, ponieważ w drodze na Hel, drugiego dnia gdy mieliśmy do pokonania 118 km, na ostatnich kilometrach zupełnie straciłam siły, odcięło mi energię do tego stopnia, że ciężko mi było nawet zmienić palcem przerzutkę na manetce. Podczas bicia rekordu na 200 km nic takiego nie miało miejsca, podejrzewam, że sekret tkwił nie tylko w ogromnej motywacji, ale także w tym, że jadąc nie myślałam jak sprinter lecz jak maratończyk. Jechałam raczej spokojnym tempem, takim na jakie pozwalał mi organizm, czasem było to 30 km/h a czasem 15 km/h. Generalnie rozkładałam siły równomiernie na całą trasę (w drodze na Hel mieliśmy bardzo nierówne, rwane tempo, maksymalne wyciskanie energii przy podjazdach, co chyba mnie wówczas najbardziej osłabiło).

Do trasy 200 km nie przygotowywałam się w żaden szczególny sposób, nie trenowałam systematycznie ani długo (jak wspomniałam zaczęłam sporadycznie i rekreacyjnie kręcić km w czerwcu i tylko w niektóre weekendy, a we wrześniu ustanowiłam swój rekord), nie zabrałam ze sobą żadnych żeli/batonów energetycznych, żadnych odżywek, izotoników i innych cudów itp. Spakowałam jedynie kilka kanapek, 2 litry wody mineralnej, coś słodkiego – batony jak Lion, Snickers, czekolada i jeszcze kilka jakichś marketowych batonów za grosze. Po drodze zrobiłam parę kilkunastominutowych postojów i jeden dłuższy ok. godzinny.

W moim przypadku potężną rolę odegrała motywacja i psychiczne nastawienie. Podczas wypadu na Hel poznałam facetów, którzy stawiali na piedestale tylko markowe rowery za grube pieniądze, stosowali wyszukane specyfiki, odżywki itp, ogólnie wszystko musiało być najlepsze albo chociaż bardzo dobre. Jeden z tych znajomych miał na swoim koncie przejechany życiowy dystans 200 km w ciągu dnia, drugi 140 km. Postanowiłam udowodnić, że choć jestem drobną kobietką, mam zwykły rower z najniższej półki cenowej, rower o wiele razy gorszy i cięższy od ich sprzętu, to dam radę przejechać tyle samo albo i więcej km. No i udało się! :D Byłam tak strasznie zawzięta w sobie, że po prostu chyba nie mogło się nie udać. Całą drogę wyobrażałam sobie miny chłopaków, kiedy dowiedzą się, że takiej wątłej kobietce na byle jakim rowerze uda się pokonać taki dystans. To mnie bardzo nakręcało.

I jednego jestem pewna: rower sam nie pojedzie i to nie od nóg ani nie od sprzętu, a głównie od naszej głowy zależy ile damy radę przejechać. Sukces tkwi w psychice – może nie wyłącznie, ale na pewno w bardzo dużej mierze. Wiele zależy od naszego nastawienia.

W tym roku mam apetyt na pobicie swojego rekordu, marzy mi się przekroczenie magicznego progu 300 km w dzień, albo chociaż 250-260 km, ale jak na razie albo brak czasu albo odpowiedniej pogody albo coś jeszcze innego staje na przeszkodzie. Niemniej postanowiłam dalej udowadniać, że kobieta – słaba płeć i na byle jakim rowerze też może wiele ;) . W tym sezonie, od marca jeżdżę sobie rekreacyjnie, głównie w weekendy trasy po 50-80 km, kiedy mam więcej czasu po 130 km. Do dziś mam przejechane nieco ponad 2600 km, może nie aż tak dużo, ale już ubiegłoroczny rekord 1500 km przekroczyłam. Doszło do tego, że moja znajomość z chłopakami właściwie się urwała, bo męska duma nie mogła ścierpieć faktu, że dziewczyna i to na nieliczącym się sprzęcie jest lepsza, ma przejechane więcej km. No cóż….

Jak przygotować się na długi wyjazd rowerowy

Do przekraczania pewnych granic zainspirował mnie młodszy brat, który od kilku lat jeździ na trekkingu wartym zaledwie 700 zł. Przejechał bezawaryjnie wiele tysięcy km, na swoim koncie ma wyprawy po Polsce i zagraniczne (jak np. Polska – Włochy w wieku niespełna 20-tu lat). Zwykłym rowerem firmy ‚krzak’, dokonuje rzeczy, które wydawałyby się nie do osiągnięcia na takim sprzęcie. Nigdy nie sugerował się tysiącami rad ze „złotych”, internetowych poradników, dotyczących m.in. tego „co pić, co jeść w trasie, jaki rower jest najlepszy, po ilu kilometrach wymienić łańcuch, jaki sprzęt wybrać… itd. itp.” W swoim rowerze wymienił tylko opony, ponieważ zjechane były na maksa, linki i klocki hamulcowe, przednią przerzutkę. Nie wymieniał np. łańcucha ani wolnobiegu czy korby, wszystko działa bez zarzutu i nie pytajcie jak to możliwe, ale tak jest. Na jego przykładzie przekonałam się, że czasem wystarczą tylko chęci, niepotrzebny super sprzęt i wcale nie trzeba stosować tysiąca złotych rowerowych rad odnośnie pokonywania dystansów czy konserwacji/użytkowania samego roweru. No chyba, że komuś chodzi o lans itp. to rozumiem sens kupowania drogiego sprzętu i nakręcania komuś biznesu. Oczywiście nie chcę teraz głosić skrajnych herezji i zachęcać do kupowania szajsu, bubli itp., czasem są rzeczy, w które warto i trzeba zainwestować, jednak pragnę pokazać, że nie zawsze to co drogie znaczy lepsze.

Wracając do długodystansowych tras, warto zwrócić uwagę na to co naprawdę istotne, np. pogoda, gdyż ciężko pedałować gdy z nieba leje się żar, pada ulewny deszcz lub wieje potężny wiatr. No i podstawa to sprawny rower. A najważniejsze moim zdaniem to siła woli, ale nie kozaczenie i przecenianie swoich możliwości.

Na koniec zacytuję fragment poradnika zatytułowanego „jak przejechać 300 km w jeden dzień”, na który trafiłam zupełnie przypadkowo na jednym z blogów rowerowych. Z większości napisanych tam rad raczej nie skorzystam (może z niektórych tak), ponieważ chcę przekraczać granice i łamać mity. Ale poniższy fragment akurat spodobał mi się i jest odpowiedzią na pytanie „skąd wiem,że jestem gotowy/gotowa na przejechanie długiego dystansu?” Cytuję:
„Cieszy Cię myśl o przejechaniu takiego dystansu? Uśmiechasz się pod nosem gdy znajomi mówią Ci, że jesteś porąbany albo nienormalny? Przejechanie 200 kilometrów nie stanowi dla Ciebie problemu? Zdajesz sobie sprawę, że nie ma takiego siodełka i spodenek, które uchronią Cię przed bólem pośladów po przejechaniu takiego dystansu? Jesteś przygotowany na „betonowe nogi”, zdrętwiały kark i nadgarstki? Jeżeli odpowiedziałeś na wszystkie pytania twierdząco, to znaczy, że jesteś gotowy!”

Tak więc sprawny rower, dobra pogoda, powód do motywacji, siła psychiki, no i w drogę!

Mały dopisek na marginesie. Jeżeli jeszcze nie obserwujesz mnie na Instagramie, serdecznie na niego zapraszam. Zdjęcia można też oglądać bez zakładania tam konta.

Kilka słów mojego komentarza: Czytając ten tekst nasunęło mi się kilka przemyśleń. Zwłaszcza na dalsze wyjazdy zabierajcie osoby, z którymi zdążyliście się już poznać. Oczywiście znam przypadki, gdzie na daleką wyprawę pojechali świeżo poznani ludzie i dopiero po drodze się docierali. Ale w takim przypadku trzeba mniej więcej określić na ile kilometrów dziennie się umawiamy, jakim tempem jedziemy itd. Bo może się okazać, że Ty chcesz przejechać maksymalnie 100 kilometrów dziennie i po drodze pozwiedzać, a współtowarzysze uznają, że 180 kilometrów jednego dnia to optymalny dystans i na zwiedzanie nie mają ochoty. Wyjazdy, zwłaszcza te dalsze i z większymi dystansami muszą być dopasowane do możliwości rowerzysty. Autorka ma rację, głowa i pozytywne nastawienie jest bardzo ważne, ale mierzmy też siły na zamiary, wszystko jedno czy samemu czy w grupie.

Basia pisze również, że podczas wyjazdu z chłopakami w pewnym momencie „odcięło jej prąd”. Dlatego nie mogę się zgodzić z tym, że neguje wszelkie porady co jeść i co pić na wyjeździe. To nie muszą być broń Boże żadne odżywki czy izotoniki. Ale mimo wszystko podczas jazdy trzeba stale dostarczać sobie płynów, popijając co kilka minut z bidonu czy butelki, a także jeść małymi porcjami i dość regularnie. Mi już nieraz nogi przestawały pracować, właśnie z tego względu, że zapominałem o jedzeniu. Podczas wysiłku przestaje się czuć głód i można się tak nieźle załatwić. Pół biedy jeżeli w pobliżu jest sklep, albo masz ze sobą batonik czy czekoladę. Gorzej jeżeli do najbliższej cywilizacji zostało trochę kilometrów. Dlatego nie skreślałbym całkowicie porad, które zamieściłem w tym wpisie :)

Ale sama idea, jaką przekazała autorka jest słuszna. Trzeba czerpać przyjemność z jazdy i nie słuchać tych, którzy mówią, że nie dasz rady. Bo nawet jeżeli nie dasz, to i tak próbowałeś, czegoś się nauczyłeś i jeżeli wyciągniesz wnioski, następnym razem będzie tylko lepiej.