Stan polskiej infrastruktury rowerowej – list od czytelnika

Dziś chciałbym pokazać Wam wiadomość, którą dostałem od Roberta, czytelnika Rowerowych Porad. Martwi się on o stan dróg rowerowych w Polsce, a także fakt, że wiele z nich jest marnej jakości – a przepisy zmuszają do jazdy po nich. Na początek przeczytajcie to co napisał Robert (uwaga, sporo czytania! ;)  a na końcu znajdziecie moją, niestety nie do końca optymistyczną odpowiedź, choć z promykiem nadziei :)

 

Cześć Łukasz :)

Od dawna subskrybuję Twój blog, czasem też zaglądam na YT i bardzo szanuję sposób w jaki odnosisz się do całej braci rowerowej, która jak wiadomo jest różnej maści. Oglądam też inne kanały rowerowe, ale dzisiaj piszę właśnie do Ciebie z prośbą o pomoc, wskazówkę, a może z pomysłem co zrobić by rozwiązać całkiem spory problem jaki rośnie od jakiegoś czasu w Polsce, a już na pewno w mojej okolicy. Mam nadzieję, że masz już większe doświadczenie w kwestiach prawnych dot. rowerów niż ja i może bliżej Ci do jakichś praktycznych rozwiązań tematu prawa drogowego.

Do rzeczy – rowerów w życiu miałem wiele, bo i wiele już lat przeżyłem (38). Pamiętam czasy kiedy rower był zawalidrogą na szosie lub nawet ulicy miejskiej, dla każdego kierowcy samochodu. Pamiętam jak zaczęło się to zmieniać po wielu latach, kiedy zaczęły powstawać pierwsze drogi rowerowe w większych miastach i jak traktowali je piesi. Rower nadal nie miał swojego miejsca w przestrzeni miejskiej, choć na szosie był już akceptowany – zmieniała się mentalność Polaka i rower stawał się modny, a właściwie przestawał być „wiochą”. Górale były ok :) a na szosy nikt już nie trąbił na wiejskich „autostradach”, bo ludzie je zaakceptowali, jako coś normalnego w ruchu. Pokochałem moje szosowe trasy Mazowsza na odludnych (a właściwie odsamochodowionych) drogach przez łąki i lasy. Po latach przeprowadziłem się na pomorze do Koszalina, gdzie ciekawych tras przez wioski było jeszcze więcej, a samochodów mniej.

Tu dochodzimy do problemu obecnych czasów, kiedy ścieżek rowerowych (lepszych, gorszych lub beznadziejnych) naprodukowano na terenach pozamiejskich niemal bez końca. Niby powinienem się cieszyć, bo jednak samochodów też od tamtych czasów przybyło i powinno to ułatwić poruszanie się wszystkim użytkownikom dróg, ale w rzeczywistości mamy coś na podobieństwo klęski urodzaju poganianej dodatkowo rosnącą niechęcią, a nawet wściekłością kierowców samochodów do rowerzystów, jeśli ośmielą się nie skorzystać ze ścieżki i wjadą na szosę.

fot. Thomas Hawk

Zawsze wyznaję zasadę harmonii i zrozumienia drugiej strony. Sam jestem tak samo często pieszym, rowerzystą i kierowcą, dlatego wiem jakie problemy ma każda z tych grup i co bywa dla każdego uciążliwe lub niebezpieczne. Niestety współcześni kierowcy (ale chyba tylko Ci, którzy nie jeżdżą w ogóle rowerami) „dojrzeli” do takiego poziomu wiedzy i poszanowania prawa, że gdy tylko pokazuje się cień rowerzysty na szosie, dostają białej gorączki i wielkiej chęci nauki całego świata o przepisach drogowych, w czym niestety w pewien sposób pomaga im obecne prawo o ruchu drogowym. Ja rozumiem bezpieczeństwo, rozumiem wzmożony ruch na dużych arteriach w mieście, trasach wylotowych z miasta lub tranzytowych, rozumiem natłok aut kiedy rozpoczyna się sezon wakacyjny na Pomorzu, naprawdę rozumiem wiele, bo zwykle jestem wyrozumiały. Nie rozumiem jednak rozbieżności prawnej z rzeczywistością i realnym zagrożeniem na drogach oraz brutalności bezmózgowej (bo tak trzeba to nazwać) nietolerancji rowerów na podmiejskich bocznych szosach przez kierowców.

Nie rozumiem tym bardziej postępowania samorządów gmin, które jawnie i wprost dyskryminują rowerzystów, w pewnych miejscach ograniczając ich swobodę poruszania się po bocznych szosach, stawiając znaki zakazu wjazdu rowerom! Tym bardziej jest to niezrozumiałe, gdzie ścieżka rowerowa, na którą jesteśmy skazani takim zakazem, jest tylko „ścieżką”, bo albo zbudowana jest w formie zwykłego współdzielonego z pieszymi chodnika z fazowanej kostki, który stale skacze to w dół to w górę, przez dziesiątki wyjazdów z prywatnych posesji, poprzeplatanego jeszcze czasami w poprzek wysokimi na kilka cm krawężnikami. Albo wylana jest z betonu, którego nigdy nikt nie wygładził na tyle, żeby można było po niej jechać szybciej niż 15 km/h i nie gubić bidonów z koszyka, albo które mają wykruszone dziury na tyle duże, by zostawić tam szprychę.

fot. jninophotos

Takich miejsc w okolicy jest sporo i mógłbym zrobić ich długą listę, mimo że nie leżą one w bliskim pasie przybrzeżnym, zatłoczonym w okresie wakacji. A nawet tam zakazy wjazdu obowiązują cały rok, kiedy sezon turystyczny trwa ok 3 m-ce. Dlaczego? Problem jest na tyle duży, że nie znam osoby spośród moich znajomych po kole, który nie miałby przygód z wściekłymi kierowcami lub policjantami w tej sprawie. Mamy więc dwie przyczyny problemu: niejednolitość przepisów, powodującą niezdrowe spory na drodze i jawną dyskryminację swobód obywatelskich przez niewłaściwe klasyfikowanie dróg jako niebezpieczne, nadużywanie znaków zakazujących i nienależyte utrzymywanie jakości ścieżek rowerowych, które stwarzają realne zagrożenia dla ruchu.

Niejednolitość przepisów, bo w naturze występuje coś takiego co nazwałbym podwójnym zaprzeczeniem, jak w języku polskim :) Z jednej strony przepis, który mówi o nakazie używania drogi rowerowej przez rowerzystów, jeśli taka występuje (odpowiednio oznakowana ścieżka), a z drugiej strony czerwone znaki zakazujące ruchu rowerom po szosie, ulicy. Jak to interpretować? Niby pierwszy przepis wyjaśnia i reguluje wszystko w temacie, po co w takim razie wybiórczo przy niektórych ścieżkach stawiane są czerwone znaki z rowerami? Czy to znaczy, że jeśli ich nie ma, to możemy nie korzystać ze ścieżki i jechać szosą, ulicą? Niby nie, bo ścieżka oznakowana jak należy. A co w sytuacji kiedy dana oznakowana „ścieżka” nie nadaje się dla mojego roweru, bo go niszczy lub stwarza prawdziwe zagrożenie dla mojego życia lub zdrowia? Jadąc szosą narażam się na mandat, obelgi kierowców, a nawet ich celowy zamach na mnie za pomocą samochodu.

Dyskryminację, bo jak nazwać stawianie zakazu dla rowerów na podrzędnej szosie prowadzącej zupełnie donikąd? Takich dróg jak Koszalin-Połczyn jest w Polsce tysiące i akurat ta w szczerym polu lub lesie, jest w jakiś sposób na tyle niebezpieczna, że rower się na niej nie zmieści. Na tej drodze nawet chyba nigdy nie spotkałem choćby jednej ciężarówki!

Żeby nie było tak sucho i teoretycznie – ostatnio jechałem trasę ok 70 km – taką szosową pętelkę na mojej ukochanej szosówce (dłuuuga przerwa w treningach) i właśnie dojeżdżałem ostatnią 2-pasmową, 2-jezdniową ulicą do domu przez miasto, na której ruch jest powolny, nie szybszy od mojej prędkości, bo i korki znaczne. Już się ściemniało, miałem oczywiście włączone oświetlenie przednie i tylne, jechałem jak najbliżej prawej krawędzi, na ile pozwalały mi dziury w asfalcie i studzienki, z prawej strony szpaler drzew i wyjazd z posesji. Nagle Pan w mundurze i lizak zza krzaka! :)

Policja na drodze rowerowej
fot. Sav Szymura

Zaprosili, a jakże. krótka dyskusja nt. stwarzania zagrożenia na drodze (?!), na której nie ma czerwonego znaku z rowerem. Na pytanie o jaki zakaz chodzi, Pan pokazał mi lizakiem niebieski znak roweru łamany na białe ludziki ukryty za drzewami. Ręce opadają. Tym bardziej że znam tę „ścieżkę” na wylot – jest tak wąska, że tylko jeden rower i jeden pieszy mogą się na niej minąć jednocześnie, bo resztę światła tego w sumie chodnika, zasłaniają pnie drzew rosnących co 7 m z jednej strony, a z drugiej betonowe słupy ogrodzenia na całej długości ścieżki. Co 100 m ścieżkę przecina wyjazd samochodów z wysokimi krawężnikami i dziury w asfalcie/betonie sięgające po kostki. Ścieżka w sam raz bezpieczna :) Na koniec miłej rozmowy młody Pan Policjant, pouczył mnie i poradził bym w takim razie zmienił rower na inny lub napisał do zarządu miasta by zmienili oznakowanie. Jaki rzeczowy finał! :)

Jak w takim razie ma się dzisiejszy rowerzysta, ganiany przez kierowców, policjantów, znaki drogowe, a nawet pieszych? Jak ma się amator kolarstwa szosowego, który nie chce jeździć tylko po lesie lub łące? Czy to już ten czas, kiedy jak w Holandii rowerom nie wolno będzie wjechać na szosę i ulicę? Tylko, że Polska jeszcze przez 20-30 lat nie zbuduje takiej sieci asfaltowych, autonomicznych ścieżek rowerowych jaką mają Holendrzy, po której nie jeżdżą dzieci na deskorolkach, lub nie spacerują mili państwo z pieskami.

Czy jesteśmy w stanie wpłynąć na zmianę przepisów dot. rowerów, by były klarowne i jednoznaczne? Czy możemy wpływać na samorządy lokalne, by nie działały samowolnie wbrew rowerzystom? Może znasz Łukaszu jakieś stowarzyszenie rowerowe, które podejmuje takie problemy i które jak wiadomo ma większą moc prawną niż pojedynczy obywatel? A może coś już się dzieje w tej kwestii, tak jak się działo w sprawie ścieżek i całej infrastruktury rowerowej w dużych miastach, co przyniosło skutki?

Pozdrawiam rowerowo z Koszalina i przepraszam za przydługi list ;)
Robert

 

Robercie – dziękuję za tak ciekawy i wyczerpujący list. Powiem tak – wszystko o czym piszesz, niestety jest prawdą. Jeżeli nie wszędzie, to w bardzo wielu miejscach w Polsce. Za infrastrukturę rowerową odpowiadają ludzie, którzy w wielu przypadkach ostatni raz jechali na rowerze przy okazji Pierwszej Komunii. Jak chociażby w Zgierzu, o czym nie tak dawno nagrywałem odcinek.


Mają to poprawiać, ale mnie bardzo zastanawia – dlaczego dopiero po interwencji stowarzyszeń rowerowych? Wygląda to niestety tak, że jeżeli nie będzie nikogo, kto będzie patrzył na ręce urzędnikom – to będą się pojawiać takie kwiatki. Ba! W Łodzi, mimo, że Fundacja Fenomen nadzoruje inwestycje rowerowe, to i tak nie są do wszystkiego dopuszczani i potem i tak wychodzą czasami kwiatki. Może już nie takie straszne, ale urzędnicy tak łatwo swojej władzy nie oddają.

Co trzeba robić? Cóż, najlepiej byłoby założyć stowarzyszenie, które będzie działać na rzecz rowerzystów, rozmawiać z powiatem/gminą/miastem. Albo do takiego stowarzyszenia dołączyć. Jest ich w całej Polsce na pewno dużo i jeżeli dobrze poszuka się w Google, to coś się znajdzie. W Twoim Koszalinie jest np. Roweria.

Natomiast jeżeli chodzi o rowery szosowe i drogi rowerowe. Ostatnio naraziłem się sporej grupie widzów, mówiąc w odcinku o typach rowerzystów, których nie lubię – że nie lubię, gdy jeździ się rowerem ulicą, gdy obok biegnie droga rowerowa. I powiem tak – jeżeli jest to nowa, ładna, sensowna droga rowerowa, to ja nie widzę powodu, aby nią nie jechać. Równie dobrze można powiedzieć, autem sportowym będzie się jechało po chodniku, bo na ulicach są progi zwalniające (wątły przykład, ale oddaje sens).

Natomiast w przypadku faktycznie lichych, sypiących się rowerówek, które często można nazwać „śmieszkami rowerowymi” – tu pojawia się konflikt interesów. Z jednej strony szosowcy mają rację – takie drogi bywają dla nich niebezpieczne. Z drugiej zaś strony, kierowcy mają swoje racje – często jest wąsko, rowerzyści tamują ruch, jak im się rowerówka nie podoba, to niech zmienią rower.

Sam dyplomatycznie odpowiedziałbym, że warto po prostu zmienić trasę, aby takie szajskie ścieżki omijać, choć wiem, że nie zawsze się da, zwłaszcza poza miastami. Sam kiedyś, bodajże przed wjazdem do Włocławka, nadziałem się na taki zakaz i musiałem jechać asfaltową drogą przez las. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że korzenie drzew porozsadzały asfalt, a w pewnym momencie on się skończył :\ Dla roweru szosowego to w zasadzie pułapka. I w 100% zrozumiałbym kogoś, kto by tam nie wjeżdżał, tylko pojechał dalej drogą, razem z samochodami. Bo alternatywy tam nie ma.

A policjanci tylko na to czekają, trzeba wyrobić normę mandatów. Tylko prawo nie przewiduje jeszcze zakazu ruchu rowerów, z tabliczką „Nie dotyczy rowerów szosowych”. Rower to rower i tyle. Co z tym zrobić? Na początku napisałem, że moja odpowiedź będzie mało optymistyczna. Bo jedyne co można zrobić, to wiercić lokalnym władzom dziurę w brzuchu, aby coś zmienić. Tylko najlepiej iść do nich z gotowym pomysłem, bo inaczej oni z czegoś kiepskiego, zrobią jeszcze gorsze.

Według mnie – niezłym pomysłem, nie takim trudnym w realizacji i z małym ryzykiem skopania czegoś – byłby obowiązek tworzenia poboczy przy każdej remontowanej drodze. Nie muszą być bardzo szerokie, metr wystarczy. Aby tylko były wyraźnie oddzielone od jezdni.

A Wy jak sądzicie? Co można z tą naszą biedną infrastrukturą i przepisami zrobić?