Jak politycy walczą z rowerzystami

Dziś miał się pojawić wpis na zupełnie inny temat, ale wobec tego co się dzieje, nie mogę przejść obojętnie. Staram się trzymać z daleka od polityki i dobrze wiem, że politycy potrafią gadać różne rzeczy. Czasem mądrzejsze, czasem mniej. I to z każdej strony sceny politycznej. Wykorzystują w walce politycznej wszelkie możliwe argumenty i sposoby. Nauczyłem się już, że powinno się puszczać mimo uszu większość słów, które oni mówią. Ale tym razem nie mogłem się powstrzymać, by nie skomentować.

Witold Waszczykowski:

W Polsce możliwość jazdy na rowerze to są 2-3 miesiące. Natomiast szykujemy często w miastach infrastrukturę, abyśmy mogli jeździć tymi rowerami cały rok.

Dyskusja tak naprawdę zaczęła się od stwierdzenia, że „rowerzyści i wegetarianie nie mają wiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami”. Okej, ta wypowiedź dotyczyła szerszego kontekstu i nie do końca chodziło w niej tak naprawdę o rowerzystów. Ale już wypowiedź, którą umieściłem na szarym tle, była powiedziana normalnie, bez odniesień do wcześniejszych wypowiedzi. Zresztą całą wypowiedź znajdziecie w programie Jeden na Jeden (od 08:25).

Jazda rowerem jesienią
Da się jeździć na rowerze jesienią (i zimą)? Da się!

Takie słowa pokazują nie tylko to, że pan minister kompletnie nie zna się na temacie. Pokazują także mentalność „tę tradycyjną”, która, jeżeli by się nad nią dłużej pochylić, wcale nie pomaga Polsce w rozwoju. Mam swój ulubiony przykład myślenia kategoriami z innej epoki. W latach siedemdziesiątych budowano w Łodzi dwa duże osiedla: Retkinię oraz Widzew. Zwłaszcza na Widzewie projektanci popuścili wodze fantazji i poprowadzili przez osiedle arterie mające czasami po trzy pasy w każdą stronę. Do tego olbrzymie ronda i bardzo, bardzo szerokie chodniki w miejscach, gdzie tak naprawdę ludzie nie poruszają się na piechotę, bo za dużo mieliby do przejścia na co dzień. Dróg rowerowych? Zero. A miejsca spokojnie by starczyło dla pieszych, dla rowerzystów i dla kierowców.

Wymownym milczeniem pominę fakt, że obok tych ponad miarę szerokich dróg, nie zadbano prawie wcale o miejsca parkingowe. Miasto zbudowało piękne drogi z myślą o przyszłym ruchu samochodowym, zapominając, że potem przydałoby się jeszcze to auto gdzieś zostawić pod blokiem.

Dziś, gdy od kilku lat wiele miast i miasteczek stara się zbliżyć do idei zrównoważonego transportu, pan minister wbija nam nóż w plecy. Według pana Witolda Waszczykowskiego, nie ma sensu budować infrastruktury rowerowej (nie tylko dróg, ale chociażby pasów rowerowych czy śluz), ponieważ przez większość roku mało kto nimi jeździ. Tu pojawiają się dwie nieprawdy.

Po pierwsze, jeżeli przyjmiemy, że dla większości osób, pogoda zdatna do jazdy to przynajmniej 12-13 stopni, jeździć można spokojnie przez 7 miesięcy w roku (od połowy marca do połowy października), a nie przez 2-3(!) jak twierdzi pan minister. Oczywiście jeździć rowerem można z powodzeniem przez cały rok, ale nie oszukujmy się od listopada do lutego liczba rowerzystów dość znacząco spada. Ale czy to znaczy, że nie warto mieć infrastruktury rowerowej, by jeździć przez pozostałe 7 miesięcy?

Druga sprawa – jeżeli nie ma infrastruktury rowerowej, to nie zachęca to do jazdy na rowerze. To tak jakby się dziwić, że Polacy niechętnie latają samolotami, gdyby w Polsce było tylko jedno lotnisko. Widać to gołym okiem, że wraz z powiększaniem się liczby dróg i pasów rowerowych, rośnie liczba rowerzystów w mieście. Większość osób nie chce przepychać się między samochodami, zdecydowanie woląc jechać po DDR-ze, albo (co mi się jeszcze bardziej podoba) po pasie rowerowym. Moda na rowery to jedno, ale nie byłoby tej mody, gdyby nie rozwijała się rowerowa infrastruktura.

Takie wypowiedzi jak pana ministra Waszczykowskiego, cofają nas o wiele lat wstecz. I pokazują, że nie tylko skrajni politycy, tacy jak Janusz Korwin-Mikke mają niezbyt ciekawe podejście do zrównoważonego transportu. Zresztą, skoro jesteśmy przy panu Januszu. Oto cytat z jego bloga odnośnie komunikacji miejskiej:

„Samochodami jeżdżą ludzie śpieszący się do prawdziwej pracy, ludzie załatwiający interesy, ludzie świadczący realne usługi, ludzie przewożący towary. Autobusami – po bus-pasach, z ulgowymi biletami miesięcznymi, rozbija się rządząca kasta urzędnicza – i ewentualnie jej narybek, któremu też przyznaje się ulgi, by już poczuł się beneficjentem socjalistycznego ustroju”.

Pozwolicie, że słów pana Janusza nie skomentuję. A na koniec zacytuję jeszcze pana Marka Wosia, który lata temu był rzecznikiem prasowym Zarządu Dróg Miejskich: „Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć ten wpis. Zobaczcie jeszcze jak może skończyć się nadmierne rozbudowywanie infrastruktury drogowej, zapominając o pieszych, rowerzystach i komunikacji miejskiej. Korki wcale się nie kończą, a wręcz przeciwnie, powiększają się. Nie mówię, że jestem przeciwny budowie nowych dróg, bo chociażby na nowe autostrady i ekspresówki czekam z utęsknieniem. Ale róbmy to tak, by trzymało się to idei zrównoważonego transportu. Jeśli tego nie zrobimy, to za kilka, góra kilkanaście lat, będziemy codziennie oglądać u nas obrazki takie, jak na zdjęciu poniżej (pisałem o tym w tekście o San Francisco).

Korek samochodowy
fot. Eric Demarcq