150 cm dla rowerzysty – dobry żart

Kto mnie lepiej zna, dobrze wie, że jestem oazą spokoju. Mam nawet wrażenie, że kiedyś już to na blogu pisałem :) W każdym razie, nie tak łatwo wyprowadzić mnie z równowagi i sprawić, abym życzył komuś spotkania z drzewem albo z drogówką. W sumie to co przeżyłem w sobotę, to żadna nowość. Normalna polska codzienność. Jechałem rowerem z Łodzi do Kutna i z powrotem. Droga niby tylko wojewódzka, ale ruch na niej jest dość spory, a sensownych alternatyw oczywiście brakuje. Zawsze podczas jazdy mam włączone lampki, choćby dlatego, by było mnie lepiej widać gdy jadę w cieniu drzew. Mam również założony odblaskowy, przeciwdeszczowy pokrowiec na plecak. Po prostu widać mnie, jak pierwszą gwiazdkę w Wigilię.

150 cm dla rowerzysty
fot. Sascha Kohlmann

Nie wiem, być może dzień był tak gorący, albo Saturn ustawił się w jednej linii z Jowiszem i Głąbonem (to jeszcze nieodkryta planeta, ale ona istnieje, mówię Wam). Co piąty kierowca omijał mnie od niechcenia, odsuwając się na niedużą odległość, choć często z naprzeciwka akurat nic nie jechało, a droga była prosta. Ale myślałem sobie, okej, przecież nie musi od razu zjeżdżać na przeciwległy pas (chociaż by mógł), ważne że chociaż trochę się odsuwa.

Ale co dziesiąty kierowca chyba pragnął, bym przypomniał sobie wszystkie słowa, jakich na co dzień nie używam. I nie myślę tutaj o hultaju, nicponiu czy gagatku. Chyba chcieli mi pokazać, że nie tylko kierowcy BMW potrafią jeździć jak ostatnie trąby. Wyprzedzanie roweru „na gazetę” w mieście, jeszcze jestem w stanie przełknąć. Tam, jeśli tylko nie jesteś przypadkiem Bogusiem z M3, jeździ się góra 100 km/h. Za to poza miastem wszyscy spokojnie jeżdżą 130-150 km/h. I teraz wyobraźcie sobie, jaki to musi być wysiłek, by oderwać na chwilę myśli od wskazówki prędkościomierza (jeszcze tylko 5 km/h i dobiję do maksa, jupi!) i skupić się na pełznącym z prędkością robaka rowerzyście.

Wiem, powstają akcje typu „150 cm dla rowerzysty„. Ale gdzie jest sens takiej akcji, gdy Stowarzyszenie Zdrowy Rower pisze na stronie: „Akcja nie jest skierowana przeciwko kierowcom. Zdajemy sobie sprawę, że często na drogach brakuje miejsca, że wyprzedzanie bywa dla kierowców uciążliwie. (…) Nasze działania nie mają na celu oskarżania kierowców. Chcemy ich informować i zmieniać stare przyzwyczajenia.”

Czyli takie głaskanie po główce, żeby tylko kierowców nie urazić. Bo jeszcze biedni się zestresują, że muszą na drogach wyprzedzać. To niech już lepiej w domach siedzą, jak się tak boją. Wiem, niepotrzebnie się denerwuję. Napiszecie zaraz, że podburzam rowerzystów przeciwko kierowcom. Ale co mam innego zrobić, gdy często na drodze jesteśmy traktowani gorzej niż inni? Założę się, że kombajnu nikt nie wyprzedza na milimetry „bo się jeszcze lakier przerysuje”. Rowerzysta najwyżej do rowu wpadnie, lakieru nie zniszczy.

Wiem też, że pisanie tego, do osób, które jeżdżą na rowerze, jest jak „ksiądz, który krzyczy z ambony, że ludzie nie chodzą do kościoła. Do ludzi, którzy przyszli.” (cyt. Michał Górecki) Ale macie czasem sposobność spotkać się z takim Bogusiem na następnym skrzyżowaniu w mieście. Nie pytaj go wtedy czy wyprzedzanie Ciebie traktował jak wyzwanie, tylko od razu ziemniaka w rurę wydechową. To najprostszy sposób, by unieszkodliwić kogoś, kto nie potrafi dostosować się do zasad panujących na drodze. A przy okazji rąk sobie nie pobrudzisz za bardzo i gardła nie zedrzesz. No i ryzyko dostania po gębie też jest niewielkie, bo taki agent o ziemniaku dowie się, gdy Ty z uśmiechem będziesz już odjeżdżać.

A ja jak smar do łańcucha kocham, kupię sobie kamerkę, zamontuję na kierownicy i zacznę ścigać kierowców, którzy igrają z życiem rowerzystów. Bo to przestaje być śmieszne, gdy ja świecę się jak nie powiem co, widoczny jestem z kilometra, a komuś się zachciewa mijania mnie na centymetry.

PS Jeśli jeszcze ktoś nie zauważył, tekst ten powstał po to, aby zeszło ze mnie trochę powietrza. Nie nawołuję w nim do niszczenia samochodów, poprzez umieszczanie bulw ziemniaka w rurach wydechowych samochodów, zwłaszcza że można się przypadkiem poparzyć. Nie chcę również wywoływać kolejnych wojenek kierowców z rowerzystami. Ale jak już jesteśmy przy tym temacie, to pamiętajcie, że piszę to tylko o kierowcach, którzy mają mózg mniejszy od orzeszka, a prawo jazdy wygrali na odpustowej loterii. Obiecuję, że od dziś wracam do poważniejszych tematów, koniec ze straszeniem śmiercią na drogach.



Aby napisać komentarz pod wpisem, nie musisz się rejestrować! Wystarczy, że podasz swoją nazwę i e-mail oraz zaznaczysz ptaszkiem "Wolę pisać jako gość". Trzeba odhaczyć jeszcze dwa okienka od góry, gdzie zgadzacie się na przetwarzanie Waszych danych. Zapraszam do komentowania - odpisuję na wszystkie pytania, nawet w starych wpisach.