Skocz do zawartości
halina

Zima dla leniwych - trening na siłowni

Polecane posty

Hah, no coś w tym jest - bo potem jest jak z ćwiczeniem do wyprawy z sakwami bez sakw - luzik, luzik, a przybędzie 15kg i nagle kicha 😄

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 12.11.2018 o 10:30, pepe napisał:

@Halina, nie ma co za bardzo szarżować z tymi treningami. Podobno 99% osób rozpoczynających ćwiczenia na siłowni rezygnuje w krótkim czasie. Właśnie utrzymanie regularności ćwiczeń jest prawdziwym wyzwaniem a nie maksymalizowanie wysiłku na treningu. Ja to rozwiązałem tak, że jeżdżę rowerem do pracy. dzięki czemu trening 4-5 razy w tygodniu , 120-150 przejechanych km jest u mnie częścią normalnych zajęć, a nie dodatkiem. Z tętnem nie szaleję, najczęściej w okolicach 110, 120, momentami tylko powyżej 130. Jest też tak, że jak się już trochę regularnie pojeździ (tak ze 2 miesiące co najmniej), to tętno już tak nie skacze (przynajmniej u mnie).

  Z tym że sama jazda na rowerze i tak nie wystarczy, za mało mięśni pracuje, głównie nogi. Warto ćwiczyć wszystkie mięśnie. Jak chodzisz na siłownię i brakuje motywacji do jeżdżenia na rowerku stacjonarnym przez cały czas (w sumie nie dziwię się), warto poćwiczyć na innych urządzeniach. Mają tam też pewnie trenera, który doradzi co i jak.

Ja raczej nie jestem z tych szybko rezygnujących, bo robię to co lubię i mam sprawdzone przez lata (w ubiegłym sezonie miałam właśnie rower stacjonarny w domu, nie leżałam na łóżku). Właśnie nie wiem, co z tym tętnem jest nie tak, przecież jeździłam regularnie od kwietnia, w zimę też nie leżałam 😞 Później jeszcze zamieszczę moje przemyślenia na dole.
Za innymi ćwiczeniami nie przepadam.

Dnia 12.11.2018 o 14:38, Elle napisał:

Z jedzeniem musisz chyba odkryć sama, jak jest najlepiej. Ja muszę ćwiczyć na pusty żołądek, a i w trakcie jeść bardzo symbolicznie, bo jak jest za dużo, momentalnie dostaję zgagi, z kolei po zjedzeniu większej ilości węglowodanów (na przykład owoców) tętno skacze mi niemiłosiernie. Zrobiłam tak dwukrotnie w tym roku i pierwszym razem autentycznie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje - na prostej tętno 170, z kolei byle podjazd, a ja od razu jestem w strefie beztlenowej, żołądek ściśnięty, zawroty głowy i niedobrze. Musiałam co chwilę stawać, żeby to zbijać i choć tętno spada mi dość szybko, to pomimo startowania z pułapu 120, po 50-100m zaraz znów wskakiwałam na 185-190. Skończyło się tym, że po blisko pół godzinie spędzonej na raptem jednym kilometrze podjazdu (i trzech postojach), zadzwoniłam do siostry, żeby po mnie przyjechała, bo się bałam, co będzie, jak pojadę dalej i takie coś się powtórzy. No trzeba też dodać, że z pełnym żołądkiem inaczej też te wartości bpm odczuwam. Normalnie przy 185 jeszcze chwilę pociągnę i w zasadzie jedyne co, to po prostu zaczynają mi drżeć mięśnie, natomiast z pełnym żołądkiem już ok. 180 zaczynam się czuć podle ze wspomnianymi mdłościami i zawrotami głowy na czele. Tak więc za drugim razem już załapałam regułę i od tego czasu przestałam jeść przed wyjściem. Z kolei właśnie moja siostra bez jedzenia nie ruszy i co chwilę coś musi podjadać, żeby jechać dalej.

Co do samego tętna, wychodzę z założenia (i tak też mi powiedziała moja lekarka), że póki nie ma problemów typu zawroty głowy czy jakieś palpitacje, nie należy się nim przejmować się zbytnio. Warto również wziąć pod uwagę, że ma ono pewien związek z temperaturą tzn. szybciej przegrzewamy się bez możliwości wentylacji, a jak wiadomo na rowerze stacjonarnym jest o takową znacznie trudniej. Również to, że się pocisz, także jest naturalne - na rowerze wysuszy Cię wiatr, w pomieszczeniu zostaje to na ubraniu. Podobnie mam zresztą w mieście. Na szosie jestem w miarę sucha, a wystarczy mi 4,5km dojazd do biura i prawie wszystko mokre (tętno niestety nie wiem, jakie mam, bo na 4,5km szkoda mi zakładać pasa).

Kwestia kadencji... no tak, jest ważna, ale czy aż tak ważna? W życiu zrobiłam tylko jeden trening pod nią z interwałami, ale mi się nie podobał i zniechęcał mnie w ogóle do jeżdżenia, więc uznałam, że nie tędy droga. Teraz jeżdżę tak, by było komfortowo. Nie siłowo, raczej lekko, ale też w moim przypadku wysoka kadencja (90, 100 i więcej) nie działa zbyt korzystnie. Po pierwsze momentalnie wysiada mi serducho, wchodzę w strefę beztlenową i zaraz wszystko biorą diabli, a ja muszę stawać i zipać po raptem kilkunastu sekundach. Po drugie wysiadają mi stawy biodrowe od szybkiego kręcenia. Więc przestałam to gonić i jeżdżę ze średnią 75-85. Zależy więc, co jest Twoim priorytetem. Jeśli nie trenowanie i nastawianie na osiągi, to nie wiem, czy trzeba się tego tak kurczowo trzymać. Jeszcze tak mi przyszło do głowy, że powiada się, iż kadencja rzędu 50-60 to jeżdżenie siłowe, w co też kiedyś wierzyłam. Tyle, że taka kadencja zaczyna być siłowa dopiero od pewnego momentu np. przy danej prędkości lub na podjazdach, a jak ktoś pedałuje sobie lajtowo z takim tempem po prostej i wlecze się tam te paręnaście kilometrów na godzinę, no to nijak siłowe to nie jest. I może tak mu wygodniej. Takie moje luźne przemyślenie.

Zgadzam się z pepe, że nie ma co szarżować. Lepiej, jak będziesz wracać z myślą, że jeszcze czegoś nie zrobiłaś, niż że zrobiłaś ostatnim razem tak dużo, że nie masz już po co iść i znów robić to samo. Godzina samych ćwiczeń to naprawdę wystarczająco. A już godzina na rowerze to monotonia. Ja najwięcej spędziłam na trenażerze 2h 45min, ale to tylko jeden raz i tylko dlatego, że tyle trwa Django 😂 Pozostałe długie filmy musiałam dzielić na dwa. Co nie zmienia faktu, że dobrze byłoby też ćwiczyć inne partie mięśni (zwłaszcza grzbiet i brzuch, bo to one stabilizują pozycję), ale z tym to jak radzi kolega - najlepiej do trenera, żeby doradził co i jak.

Dzięki za odpowiedź @Elle! Muszę zwrócić większą uwagę na dietę. Dziś włączyłam masło orzechowe do owsianki (w formie szejka, jakby to kogoś interesowało), bo znowu mam kiepskie wyniki (b. niski poziom cholesterolu i anemia, niskie b12 i inne kwiatki). Mam ochotę sprawdzić, jaki puls byłby na zarżnięcie, ale to może być cienka granica do przesady w moim przypadku 😛 Zawrotów głowy nie miałam, byłam zwyczajnie bardziej zmęczona, no i ten ból głowy - zaczął się już przed zabawą na siłowni. Może od tego ten puls tak skoczył. Później tak się zestresowałam, że usnęłam od 3. Muszę się bardziej poobserwować z tym jedzeniem właśnie i suplementami (biorę tylko to, czego mam niedobór + ashwaganda, może w tym jest problem, choć podobno obniża poziom kortyzolu i wpływa na lepszy sen....). Suplement poleciła mi świetna endokrynolog 😞

Kwestia kadencji jest dla mnie ważna ;/ Utrwaliłam sobie w głowie, że muszę mieć wysoką kadencję, chcąc mieć lepsze efekty. Amatorka 😛 Wiem. Niestety przez lata jeździłam siłowo, być może nawet mniej to mnie męczyło, niż jazda z taką kadencją. Ta 80 nie wydaje mi się kosmiczna, ale muszę zjechać z przełożeniem. W moim odczuciu jest niskie, ale realnie zbyt wysokie.

Ja naprawdę lubię jeździć, nawet nie jestem wściekła, że tyle ludzi na siłowni jest. Odcinam się od życia, oglądam coś głupiego na telefonie i czas leci. Fizycznie nie jestem mocno zmęczona, o ile nie wybija mi ten puls tak wysoko 😞

 

Dnia 12.11.2018 o 18:58, MARIUSZZZ napisał:

Dajcie sobie na luz z tymi nudnymi siłowniami 😉 Ja kilka razy próbowałem ćwiczenia na siłowni i kompletni mi to nie podchodzi.

Za to od roku chodzę na zajęcia karate. I samo to, że wytrzymałem rok - jest dla mnie sukcesem. Są ćwiczenia siłowe (głównie z własnym ciężarem - pompki, brzuszki i przysiady), jest rozciąganie i ćwiczenie wytrzymałości. Oczywiście dochodzi technika, dzięki czemu człowiek ma chociaż złudzenia, że sobie poradzi na ulicy 😄

Nie nazwałbym tego trenowaniem, bo chcę się po prostu poruszać. W ciągu tego roku kilka razy próbowałem dodatkowo ćwiczyć również w domu (prócz treningów  2 razy w tygodniu w dojo), ale regularność udało się utrzymać dopiero niedawno w październiku.

Ma się rozumieć, że w okresie jesienno-zimowym roweru nie odstawiam. Poruszam się nim po mieście codzienne.

Także zapisujcie się na jakieś zajęcia sztuk walki, to jest ciekawsze. Jak akurat trafiłem na kyokushin - bo tylko to jest w moim mieście, ale jakbym mógł wybierać to postawiłbym na aikido 🙂

Myślę, że każdy powinien robić to, co lubi. Ja nie przepadam za innymi sportami. Może wszystkiego nie spróbowałam, może mam milion wymówek na unikanie basenu czy innych spoko wg kogoś sportów, no ale nie chcę się do niczego zmuszać. Jak jest ciepło to lubię jeździć na longboardzie, ale to głównie po mieście, żeby się szybciej przemieszczać...

 

Dnia 12.11.2018 o 22:30, PawelGeo napisał:

Jacek pomimo końca sezonu kolarskiego ciągle golisz nogi? Ja w tym roku kilka razy to robiłem ale na zimę odpuszczam. Swoją drogą wytopione na pro masz m.brzuchate

Wysłane z mojego SM-T719 przy użyciu Tapatalka
 

😀

Dnia 12.11.2018 o 22:36, Elle napisał:

Nie wiem, czy śpisz, czy się spieszysz, bo takie mam wrażenie, jakby moje uspokajanie odnośnie tętna w ogóle zostało pominięte 😉 To może napiszę wprost: kawy nie znoszę i w życiu wypiłam mniej niż pięć szklanek tego napoju. Ostatni raz mając lat 17, kiedy komp się zepsuł o 22 i wciął mi cały esej, a ja na drugi dzień rano musiałam go oddać polonistce pod groźbą bani. Dalej: nie jestem szprychą, ale także nie jestem grubasem. Nigdy nie byłam otyła, od lat oscyluję na pograniczu nadwagi i wagi normalnej (w zależności od tabelek, ale i stopnia aktywności). Jeszcze dalej: jestem niskociśnieniowcem, miewam z tego powodu migreny, a najniższe moje ciśnienie w życiu wynosiło poniżej stu (!) I teraz tak - moje średnie tętno z wyjazdów normalnych to ok. 150, natomiast gdy są intensywne to 160-165. Mniejsze to tylko jak jeżdżę na jakieś rowerowe spacery i ktoś narzuca wolniejsze tempo od mojego. Prawie na każdym wyjeździe osiągam tętno powyżej 180-190. I regularnie Garmin się drze, że spędzam 80% w strefach powyżej 160bpm. Więc może po prostu tak masz. Zastanów się lepiej, czy czujesz się podczas tego jeżdżenia na siłowni jakoś gorzej, a chyba nie, skoro rozpiera Cię energia i chcesz jeszcze po tych 50-60 minutach robić coś dalej. Ja jak za dużo mam podjazdów ze średnim tętnem >170, to akurat nie mam ochoty na nic. Łącznie z jedzeniem. Może co najwyżej chciałabym się położyć i zasnąć (pewnie przez niedotlenienie). Tak więc skoro nie masz żadnych niepokojących objawów (poza wskazaniami), nie ma powodów do zmartwień. A, i rzecz kolejna - to całkowicie normalne, że pod wieczór ciśnienie jest wyższe niż rankiem. Bez względu na sposób życia, uwarunkowania i tym podobne. Spowodowane jest to tym, że w nocy serce, podobnie jak i cała reszta, przechodzi w fazę odpoczynku - działa wolniej, tak trochę na alibi, żeby tylko organy były dokrwione, ale nic poza tym. Rankiem się budzi razem z resztą ciała i zaczyna rozkręcać. Siłą rzeczy pod wieczór będzie pompować najmocniej (w końcu tyle wrażeń po drodze ;)), dlatego nie ma sensu porównywanie obu wskazań. Dziwne byłoby, gdyby były takie same.

Co do pulsometru, opcje są różne. Najtaniej jest kupić sam pas z łącznością BT (np. https://www.decathlon.pl/pas-ant-bluetooth-smart-id_8334795.html) i sparować z telefonem. Wtedy można po zakończeniu aktywności oglądać sobie cały wykres np. na Endomondo. Opcja droższa to kupić pas wraz z zegarkiem na rękę. Na przykład takie coś: https://www.decathlon.pl/pulsometr-onrhythm-110-id_8301690.html. Opcja pierwsza ma tę zaletę, że jak kiedyś na przykład zamarzysz sobie wypasiony licznik, to ten pas będzie już jak znalazł.

To widzę, że mamy podobnie - kawowo, wagowo, tętnowo itd. 😄 Nie pisałam tu nigdy, ale leczę się na nerwicę, to też na pewno ma wpływ. Muszę przestać się nakręcać, bo może to moja wewnętrzna paranoja 😉 Jestem ciekawa, jak mi się zmienia to tętno, ale gdy już założę dzienniczek ;/ albo zacznę to wirtualnie odnotowywać to może być wesoło.

Ale zdradzę Ci, że wczoraj wyluzowałam, nie było treningu, byłam tylko ze 3 km na spacerze wieczorem. Co prawda rzeczywiście jest tu sporo samochodów, ale idąc z innej strony niż zwykle wyobrażałam sobie, że jestem w Cieplicach (Jelenia Góra, pięknie tam ❤️ mogłabym tam żyć), a nie tutaj, gdzie jestem. Trochę się zmęczyłam, choć pobudzenie też miałam duże i męczyłam się ze snem. 😄

Dziękuję za rekomendację pulsometru 🙂

23 godziny temu, Elle napisał:

Jacku, a Ty chcesz nam Halinę jeszcze bardziej wystraszyć z tym 115? 😉 

Tak na marginesie, o ile mi wiadomo, kobiety z natury mają wyższe tętno (ciekawe, czy się zgodzisz, czy mi coś zacytujesz 🙂.) Po drugie, jeśli trenujesz od iks lat, to też Twoje tętno będzie niższe (nawet po długiej przerwie). No a po trzecie, to różne aktywności - nawet cardio - mają różne tętno maksymalne, więc ten próg jest przesunięty. Np. gdy pływam, zadyszkę zaczynam mieć przy znacznie niższych wskazaniach pulsometru, niż gdy jeżdżę na rowerze. O ćwiczeniach siłowych w ogóle nie ma co mówić - jak kiedyś chodziłam (ale z nudów i głupiego trenera, który tylko się popisywał, szybko porzuciłam tę aktywność), to tętno miałam prawie spoczynkowe.

@Halina, po tych naszych kilku wymianach uwag myślę, że skoro nad tym tętnem rozmyślasz, to koniecznie powinnaś kupić pulsometr! I zamiast nas czytać, zacznij czytać swój organizm - jak zobaczysz, jak funkcjonuje, wtedy można się bawić w strefy, spalania tłuszczu i inne dyskusje. I poza aktywnością, zwróć też uwagę na swój stan emocjonalny. Bo tętno/ciśnienie to taki diabełek, że jak Ci bardzo zależy, żeby było niskie, to wtedy skacze jeszcze bardziej niż zrobiłoby to normalnie. Ja raz tak miałam na kontrolnym badaniu - pielęgniarki nie chciały mnie z gabinetu wypuścić, bo skoczyło do 160 i upewniały się, czy na pewno dobrze się czuję. Czułam się dobrze, ale międzyczasie dowiedziałam się, że uczelnia nie przedłużyła ubezpieczenia, zaraz muszę jechać do Krakowa, tutaj kolejka mi przepadnie i jeszcze przydałoby się, żeby wynik wyszedł dobry 😛 Dziwnym trafem potem u lekarki miałam już 120 i to po wyjściu na trzecie piętro budynku. Tak samo miałam z tętnem, jak pojechałam z kolegą nctrns'em na rowerze - zupełnie nieświadomie, ale jednak emocje, nowe widoczki i przy dość zbliżonej prędkości do mojej codziennej przez pierwsze 10km tętno miałam co najmniej o 10bpm więcej niż zwykle.

Dziękuję, kupię 🙂 Trochę mnie to zaczęło stresować, więc na pewno sprawdzę. W życiu nie miałam tętna spoczynkowego powyżej 100, a tu takie kwiatki 😄 Dzisiaj będę szła z plecakiem szybkim tempem to sprawdzę w aptece, jaki mam puls. Zdrowie i dobre samopoczucie jest najważniejsze 🙂 

Dzięki wszystkim za zaangażowanie w dyskusji, będę zdawała relację z mojej dla mnie fajnej zabawy 😄

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Ashwaganda używam.  Na stres i na sen. W kwesti niedoborów żelaza, witamin z grupy B i anemii to przeczytałem na ten temat trochę badań i generalnie konsensus jest taki że wchłanialność żelaza z suplementów jest bliska zera. Zalecane jest jedzenie naturalnych źródeł żelaza w postaci chudej wołowiny lub wątróbek przegryzając witaminą C, która dramatycznie zwiększa przyswajalność żelaza. Alternatywą są wlewy dożylne żelaza. Nie jadłem czerwonego mięsa przez ponad 10 lat ale obecnie wraz z młodym dołożyliśmy steki wołowe raz w tygodniu do diety. Poniżej są zalecenia, które z grubsza potwierdza kilka źródeł, mające na celu poprawę morfologii krwi i produkcję czerwonych krwinek.

  1. Acidophilus - 15-30 Billion Count Probiotics
  2. Coenzyme Q10 - 150-300 mg daily
  3. Garlic - 2 cloves or 2 capsules up to 3 x day
  4. Kelp - 100-225 micrograms
  5. Vitamin B6 - 50-100 mg
  6. Vitamin B12 - 200-1,000 mcg
  7. Folic Acid - 800 mcg
  8. Proteolytic enzymes - Bromelain & Papain
  9. Selenium - 200 mcg
  10. Vitamin A - 15,000 IU daily or Beta Carotene - 25,000 IU daily
  11. Vitamin B Complex - 50-100 mg
  12. Vitamin C plus Bioflavonoids - 1-3 grams (divided dose)
  13. Vitamin E - 400 IU daily
  14. Copper - 2 mg
  15. Zinc 40 mg daily ---->(Do not take zinc in amounts over 40 mg daily as it may interfere with metabolism of iron and copper)

Na stres, nerwicę i depresję polecam też duże dawki witaminy D w okresie poza latem i ewentualnie solarium. Sam przyjmuję 4-8 tysięcy jednostek witaminy D plus K dziennie. Dobrze na mnie działa.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@jajacek i jak się po niej czujesz, rozumiem, że dobrze?

Tak, u mnie wchłanialność może być niższa, bo mam problemy z błoną śluzową żołądka (a jedno nakręca drugie), odziedziczyłam po ojcu. Ja mam anemię z niedoboru b12 (mam zastrzyki, ale hepatolog zalecił 1 na miesiąc i zbyt wolno rośnie, a akurat te objawy są dosyć uporczywe. no i zostałam zaproszona na tygodniową przygodę zastrzyków, ale to za 2 tyg., bo trzeba będzie siedzieć w domu, a nie szlajać się po kraju). Żelazo zawsze raczej ok, hemoglobina też, ale np. ferrytyna zawsze nisko. Poza tym wyszedł mi niski poziom cynku, selenu, b. niski poziom dobrego cholesterolu (ja jem mięso 1-2 razy w tygodniu, ale czerwonego nie lubię), d3 po tylu godzinach w tej saunie na rowerze ok 40, więc niby w normie, ale z zaleceniem Vigantolu. Ja się ogólnie źle przy tych wynikach nie czuję, gdyby nie ten przeklęty żołądek. to bym nie wiedziała o połowie rzeczy. Aktualnie jem dużo jajek, ryb, owoców morza, warzyw, kaszy, owoców, płatków, w tej kolejności. Jest ok 😄

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem czy ta ashwaganda coś daje. W każdym razie nie przeszkadza 🙂 Czuję się po niej dobrze.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia ‎12‎.‎11‎.‎2018 o 18:58, MARIUSZZZ napisał:

 Także zapisujcie się na jakieś zajęcia sztuk walki, to jest ciekawsze. Jak akurat trafiłem na kyokushin - bo tylko to jest w moim mieście, ale jakbym mógł wybierać to postawiłbym na aikido 🙂

Aikido odradzam. Po dwóch latach wytrwałych treningów odpuściłem, bo ciągle miałem jedynie powykręcane ręce, a w sumie najbardziej to się pociłem na rozgrzewce.  😞 Są inne sztuki walki warte rozważenia.

Generalnie to chyba Wam współczuję tych diet i badania poziomu różnych substancji w organizmie, a potem dobierania do tego różnych ćwiczeń, no i odpowiedniego żywienia.

Cieszę się, że mogę popołudniem wciągnąć jakiegoś schabowego i zapić dobrym złocistym trunkiem. Pewnie jak bym poćwiczył i trzymał się różnych wytycznych to waga była by mniejsza, wydolność większa, a ja... mniej szczęśliwy. A życie takie krótkie... 😁

Ale jeśli to kwestie zdrowotne to jasne - nie ma wyjścia.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, rowerowy365 napisał:

Aikido odradzam. Po dwóch latach wytrwałych treningów odpuściłem, bo ciągle miałem jedynie powykręcane ręce, a w sumie najbardziej to się pociłem na rozgrzewce.  😞 Są inne sztuki walki warte rozważenia.

Generalnie to chyba Wam współczuję tych diet i badania poziomu różnych substancji w organizmie, a potem dobierania do tego różnych ćwiczeń, no i odpowiedniego żywienia.

Cieszę się, że mogę popołudniem wciągnąć jakiegoś schabowego i zapić dobrym złocistym trunkiem. Pewnie jak bym poćwiczył i trzymał się różnych wytycznych to waga była by mniejsza, wydolność większa, a ja... mniej szczęśliwy. A życie takie krótkie... 😁

Ale jeśli to kwestie zdrowotne to jasne - nie ma wyjścia.

Jeśli byś po tym schabowym, a już nie myślę o złocistym trunku, wymiotował przez kilka godzin to zakładam, że nie cieszyłbyś się z wizji wciągania takiego produktu 😄 Ja tam jestem szczęśliwa jaka jestem, jem co lubię, dobrze się czuję, a zawsze mogłam narzekać, że nie mogę pić złocistych trunków. Proste, życie mam tylko jedno i nie będę piła czegoś, co mi szkodzi, a w sumie od nigdy chyba nie smakowało 😄

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Nigdy nie sądziłem że przy moim stylu życia będę miał takie problemy zdrowotne jak obecnie. Mam nadzieję że jak schudnę to mi się poprawi. A tymczasem pochłaniam zdrowe żarcie. Złocistym trunkiem do obiadu też nie pogardzę. Mówią że alkohol w niedużych ilościach dobry dla zdrowotności. Natomiast lody i słodycze są obecnie dla mnie podobno be 🙂

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Dlatego napisałem, że jeśli to kwestie zdrowotne to oczywiste, że diety trzeba trzymać. 

Człowiek nie docenia jak dobrze być zdrowym dopóki nie zachoruje. Więc póki co używam życia ile wlezie i jem to na co mam ochotę, bo nigdy nie wiadomo kiedy mnie szlag trafi.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Ja mam 50% domowników vege siłą rzeczy pojawia się więcej potraw bezmięsnych. Ja byłem i jestem stanowczym zwolennikiem mięsa, ale muszę przyznać, że brak białka zwierzęcego bardzo dobrze wpływa na moją ogólną kondycję. Nawet zauważyłem, że czasem po mięsie czuję się bardzo "zamulony" czego nie obserwuje po potrawach vege. Jedząc bezmięsnie pojawia się taki zdrowy naturalny głód, który spokojnie zaspokajam nie przejadając się. Kiedyś gdy byłem głodny to przypominało to raczej napad jak przy uzależnieniu. Napychałem się wtedy nie kontrolując ilości, co z kolei powodowało gigantyczne przejedzenie i kilka godzin uczucia jak na kacu. Teraz jestem umiarkowanym amatorem mięsa z kilkoma ulubionymi potrawami, do których zalicza się np. wspomniany schabowy.

A co najważniejsze to taka dieta pozwala praktycznie bez specjalnej kontroli i wyrzeczeń utrzymywać stałą wagę już od kilku lat.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Niektórzy mają po prostu taki szybki metabolizm od natury że co by nie jedli nie tyją. Mój kupel Cyborg, przy 175 wzrostu waży od 30 lat 60 kg +/- 1-2 kg. I jego brat identycznie. Ja jako 18-latek ważyłem 75 a potem się spasłem do 90 i całe życie mnie ciągnie do tego wagi. Walczę żeby się utrzymywać poniżej ale mój metabolizm jest bardzo wolny. Maksymalna waga przy której czuję się jeszcze dobrze to 85. Byłem kiedyś u lekarza medycyny chińskiej, który po zbadaniu mnie stwierdził na podstawie budowy moich kości że optymalna waga dla mnie to 72-75 kg. Niestety nie potrafię takiej osiągnąć. Być może przejdę się do endokrynologa i zobaczę czy nie da się pomanewrować hormonami. Mój kumpel, którzy ważył ponad stówę poszedł i okazało się że ma niedoczynność tarczycy. Dostał hormony i w ciągu pół roku schudł prawie 30 kg.

W kwestii mięsa to od 15 lat trzymam się z grubsza diety zgodnej z grupą krwi. Ale nie fanatycznie. Jem to co mi smakuje i po czym nie mam dolegliwości żołądkowych. Świnia mi śmierdzi więc nie jem. Baran też. Do kurczaków nigdy nie miałem wielkiego przekonania. Więc u mnie w domu w zasadzie w kółko indyk albo ryba. Z potraw wegetariańskich oprócz zup tylko naleśniki i placki ziemniaczane. Na szczęście mój młody ma  podobny smak i lubi w zasadzie te same potrawy plus kurczaka.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Dietą można zdziałać cuda. Nie zdajemy sobie sprawy również z tego ile złego możemy zrobić fatalnie jedząc. Film Supersize Me powinno się puszczać w szkołach podstawowych i edukować bez końca. Mało kto wie co znaczy pojęcie węglowodany czy indeks glikemiczny i dlatego często widać osoby z nadwagą "odchudzające" się jedząc bez opamiętania wafle ryżowe popijając wodą smakową.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 16.11.2018 o 13:00, PawelGeo napisał:

Dietą można zdziałać cuda. Nie zdajemy sobie sprawy również z tego ile złego możemy zrobić fatalnie jedząc. Film Supersize Me powinno się puszczać w szkołach podstawowych i edukować bez końca. Mało kto wie co znaczy pojęcie węglowodany czy indeks glikemiczny i dlatego często widać osoby z nadwagą "odchudzające" się jedząc bez opamiętania wafle ryżowe popijając wodą smakową. 

Nie widziałam tego filmu, ale z obserwacją o ig masz absolutną rację. Sama nie zdawałam sobie kilka lat temu sprawy z problemu! Ja miałam wyniki od a do z zrobione, bo b. źle się czułam z powodu wykrytej później anemii. Insulina i glukoza także (akurat objawów takich nie miałam), na szczęście wszystko w normie, a jakiś tam wskaźnik też był dobry. Ale przyszło mi na myśl, jak na studiach byłam w grupie z dziewczyną. Miała jakąś tam nadwagę, wyróżniał się spory brzuch, nieproporcjonalny do sylwetki. Sama miała żółtaczkę wszczepienną. Pamiętam, że miała dietę przepisaną przez dietetyka i co? Zajadała nierzadko ryż z kurczakiem. Przypuszczam, że te problemy z wątrobą swoją drogą, ale pewnie coś było nie tak z insuliną i glukozą, skoro na tej diecie nie chudła. Poza tym szokujące jest to, że owy ryż miała zapisany bardzo często w jadłospisie...

Ja nie jestem wariatką, nie płakałabym przez zjedzonego schaboszczaka, gdybym tylko mogła go jeść. Po pierwsze, nie mogę, po drugie nie przepadam. Mięso mi średnio smakuje i nie szukam zamienników. Jem inaczej i tyle, czasem jest trudno, bo jestem min. 2 dni w delegacji w tygodniu. Ciężko zjeść cokolwiek normalnego, co jadłabym w domu, w trasie albo w Augustowie czy innej Kamiennej Górze. Cieszę się, że teraz Lidl jest tak popularny, bo w większości tych miast jest i mogę kupić coś, co jem normalnie.  Cholesterol mi podnosi Marcin z Youtube (MocnyVlog) 😄

Dziś jadłam eksperymentalnie (rano jajka + twaróg + warzywa), teraz dopiero wpadłam do domu i jem obiad (warzywa + ryba + kefir). Zobaczymy, jak będę się czuła bez dużej ilości węgli dowalonych rano 😉  bo zaraz jadę na rower.

@jajacek Twoje łydki nie wyglądają na 90 kg 😄 No ale na pewno masz już swoje km w nogach.

Zastanawiam się, czy z okazji Black Friday Decathlon będzie miał jakąś promocję na wszystko, na wybrane produkty czy inaczej 😉

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bądź aktywny! Zaloguj się lub utwórz konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to proste!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się

×